Och, jak bardzo mi smutno.Czuje sie jak slepiec probujacy resztkami kolorowych wspomnien nakarmic puste i glodne wrazen oczodoly. Jak gluchy probujacy zakrzyczec porazajaca symfonie ciszy dawno juz przebrzmialymi szeptami. Jak oderwana z drzewa galazc przepelniona dziecieca tesknota za poczuciem jednosci z matczynym pniem. Zanurzony w bezmiarze bolesnych emocji dusze sie kazdym lykiem palacych wspomnien. Ciekawe jak gleboko i bardzo moge tonac zanim napotkam dno. A moze dna nie ma? Moze bede tonac do konca swoich chwil,duszac sie coraz bardziej,chwila po chwili,spazm po spazmie-tak dlugo az caly stane sie tylko pragnieniem oddechu.
W trakcie dlugich,samotnych wieczorow zastawiam sie ile jeszcze strat,cierpien i porazek jeszcze mnie czeka.Coz, w koncu trzeba miec jakas nadzieje.Chocby i na to,zeby mialo byc gorzej.Chwilami mysle,ze brak boga tak bardzo mi dokucza.Gdybym wierzyl,to moglbym poczuc sie jak Hiob,wszystko co przezywam mialoby glebszy i ukryty sens.Och Boze,Boze dlaczego Cie nie ma?Dlaczego wszystko co czuje,robie i czego doswiadczam jest tylko emanacja mojej ukrytej w podwojnej spirali natury?Moze to dziwnie zabrzmi,ale swiadomosc braku piekla jest duzo gorsza od swiadomosci jego istnienia.Wiara,ze istnieje gdzies tam absolutny model cierpienia moglaby zadzialac calkiem uspokojajaco.
Nie pozostaje mi nic innego niz tylko otworzyc oczy i zmierzyc sie z nadciagajaca fala.Nawet tonac mozna zachowac godnosc. Uczynic z trwania i przetrwania sztuke,bawic sie nadchodzacymi wydarzeniami jak dziecko bawi sie kolorowymi koralikami.Czy mozna odnalezc radosc w prostym przezywaniu?
Tak dawno juz nic nie napisalem,nawet nie wiem czy Minerwa cos jeszcze do mnie czuje...