piątek, 8 sierpnia 2008

On (Tata).

Leżał taki delikatny i bezbronny. Tytan mego dziecięcego świata powalony przez swoje słabości. Alabastrowa skóra drżała na nim w takt niespokojnego oddechu, niczym słaby i pokruszony mur trzymający pokaleczoną Duszę w wiezieniu zniszczonego ciała. Oczy niegdyś bystre i tak pełne rozumu teraz wydaja mi się tylko ciemnymi wnękami na cierpienie. Studium upadku zaklętego w tak podobnych do moich genach. Tak wiele mu zawdzięczam i jednocześnie tak wielki mam do niego żal o to, czego nie mogę mu zawdzięczać. Nigdy nie byliśmy naprawdę blisko a i tak boli. Paradoks ewolucyjnych więzi. Nic nie jest w stanie wyrazić mojego żalu i smutku. Jego tez nie udało mi sie uratować i On tez mnie opuści. Nic nie daje większego poczucia bezsilności niż doznanie jałowości walki z entropia i chaosem niszczącymi bliskich. Oto ostateczny triumf tej, od której mi udało się uciec. W sumie to ciągle uciekam, wiec wyścig trwa. Tylko widzowie się zmieniają. Ciekawe czy mi kiedyś tez tak strasznie zgasną oczy. Mam rozpaczliwą nadzieje, ze to nie jest zakodowane w genach. Mogę zwiędnąć cały, ale niech nikt nie odbiera mi moich oczu…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz