wtorek, 17 kwietnia 2012

Obraz.

  Jasność sączy się z Nieba i przenika mnie na wskroś, aż do najdalszych brzegów oceanu zmysłów. Wypełnia mnie całkowicie i tak dogłębnie,ze jedyne co czuję to zniewalająco ciepła i błyskotliwa światłość przepełniająca mnie poczuciem spokoju i harmonii.
  Czerwone usta kwiatów szepczą do mnie zmysłową arią zapachów. Sa tak niewinnie uwodzicielskie, jak obietnica rozkoszy pozostająca jeszcze poza widnokręgiem brutalnie realistycznych marzeń
  Żarłoczna zieleń przetrwania pozera łapczywie resztki osieroconej przez Zimę szarobrunatnej bylejakości. Nic nie może się jej oprzeć, jej przeznaczeniem bowiem jest odzyskanie całości niemal już straconego na rzecz lodu świata.
  Brzęczący rój owadzich meteorytów przemierza zaskoczone ich liczbą przestworza. Chwilami wydaje się, ze w dziwacznej zamianie to cale niebo składa się ze skrzydlatych atomów, a wiatr i świetlista przestrzeń noszą nektar do nieistniejącego ula.
  Słabe powiewy chłodnego wiatru są jak siarczyste policzki wymierzane za bezwstydne zauroczenie. Im więcej ich otrzymuję tym bardziej mam ochotę bezwstydnie grzeszyć - czuć, doznawać, zatracać się w jedności z tym wszystkim co na codzień jest takie odrębne!
  Oślepiony bogactwem smaków w pierwotnym zachwycie słyszę jak w monumentalnym procesie twórczej destrukcji bogactwo i złożoność świata kreują się na nowo po długim okresie rozkładu i zastoju.
  Ogłuszony tęczą wielobarwnej różnorodności zastygam porażony silą, energia i wola przetrwania bijącą od każdego najmniejszego nawet istnienia.

  W centrum wydarzeń,w idealnym środku  mojego Wszechświata z niemym zachwytem upajam się każdym najmniejszym kwantem doznań. Są tak przenikliwie prawdziwe i przeszywające, ze przez krótkie mgnienie Czasu nie jestem w stanie ich w sobie pomieścić.

  Tu i teraz jestem niczym tama pękająca pod naporem potężnej rzeki! Świadomy wspanialej katastrofy i upojony ekstazą dynamiki,zmiany oraz nieokiełznanego ruchu oddaję się sam sobie w akcie emocjonalnego kanibalizmu.

Obraz tak cudownie prawdziwy i inspirujący, że prawie wierzę.
Prawie…

niedziela, 15 kwietnia 2012

Strach.

Tak strasznie , potwornie się boję.

  Z przerażeniem codziennie rano sprawdzam czy wypłynąłem ciepły z sennej otchłani bezistnienia. Sam nie wiem czy ulga, którą wtedy czuję nie jest największym fałszem mojego życia.
  W coraz bardziej mi niechętnej powierzchni lustra znacznie częściej doszukuje się śladów dłuta niezgrabnego Rzeźbiarza.Z panika obserwuje jak niestarannie i niechlujnie pracuje nad czołem i kącikami oczu. Oby nie przesadził, w końcu my esteci nawet w trumnie chcemy się odpowiednio prezentować!
  Z lekiem wsłuchuję się w miarowo niespokojne bicie serca. Z każdym dniem staje się coraz bardziej świadomy jego istnienia, tak jakby stukocząco znajomy rytm ciągle przypominał mi, ze im dalej od Początku tym bliżej Końca, a każda podroż musi kiedyś dobiec kresu.
  Srebrzyste oznaki słabości złośliwie staja się coraz bardziej widoczne w niegdyś idealnie brązowej zasłonie moich włosów. Są jak pęknięcia w murze, zwiastun subtelnego i podstępnego rozpadu, cicha zapowiedz katastrofy pomijana do czasu aż cala konstrukcja zawali się z hukiem!
  Z zaciśniętym gardłem myślę o tych wszystkich znajomych istnieniach, które zgasną na moich oczach.  I bez tego czuje się nieskończenie i idealnie samotny. Cóż,  jeśli do nieskończoności dodam skończoną liczbę zgonów to uda mi się może nawet tego nie zauważyć.Tania, matematyczna sztuczka wymyślona po to żeby nie udławić się własnym cierpieniem.
  Świadomość nieskończenie mroźnej i pozbawionej Boga pustki wypełnia każdą komórkę mojego ciała pierwotnym i zwierzęcym strachem. Im mocniej o tym myślę tym bardziej przestaje istnieć-znikam , gubię się, zatracam w wizji wiecznego i wszechobejmującego chłodu.
  Mój Olimp jest tak naprawdę rajska wyspa mojej świadomości zatapiana powoli przez fale nieustającego przypływu. Każdego dnia jest mnie delikatnie, ale i nieubłaganie mniej, z każdym oddechem wyzbywam się odrobiny siebie, staje się mniej znaczący, istnieje niezauważalnie ale postepująco słabiej.
  Ze spokojna rezygnacja przyglądam zbliżającej się tafli Otchłani. Jest tak mrocznie i bezdennie pojemna, ze nawet moja energetyczna aura nie będzie stanowić dla niej żadnego wyzwania.
  Kto powiedział , ze życie nie będzie miało żadnej ceny?