Czerwone usta kwiatów szepczą do mnie zmysłową arią zapachów. Sa tak niewinnie uwodzicielskie, jak obietnica rozkoszy pozostająca jeszcze
poza widnokręgiem brutalnie realistycznych marzeń
Żarłoczna zieleń przetrwania pozera łapczywie resztki
osieroconej przez Zimę szarobrunatnej bylejakości. Nic nie może się jej oprzeć,
jej przeznaczeniem bowiem jest odzyskanie całości niemal już straconego na
rzecz lodu świata.
Brzęczący rój owadzich meteorytów przemierza zaskoczone ich
liczbą przestworza. Chwilami wydaje się, ze w dziwacznej zamianie to cale niebo składa się ze skrzydlatych atomów, a
wiatr i świetlista przestrzeń noszą nektar do nieistniejącego ula.
Słabe powiewy chłodnego wiatru są jak siarczyste policzki
wymierzane za bezwstydne zauroczenie. Im więcej ich otrzymuję tym bardziej mam ochotę bezwstydnie grzeszyć - czuć, doznawać, zatracać się w jedności z tym
wszystkim co na codzień jest takie odrębne!
Oślepiony bogactwem smaków w pierwotnym zachwycie słyszę jak
w monumentalnym procesie twórczej destrukcji bogactwo i złożoność świata kreują
się na nowo po długim okresie rozkładu i zastoju.
Ogłuszony tęczą wielobarwnej różnorodności zastygam porażony silą, energia i wola przetrwania bijącą od każdego najmniejszego nawet
istnienia.
W centrum wydarzeń,w idealnym środku mojego Wszechświata z niemym zachwytem upajam się każdym najmniejszym kwantem doznań. Są tak przenikliwie prawdziwe i przeszywające, ze przez krótkie mgnienie Czasu nie jestem w stanie ich w
sobie pomieścić.
Tu i teraz jestem niczym tama pękająca pod naporem potężnej
rzeki! Świadomy wspanialej katastrofy i upojony ekstazą dynamiki,zmiany oraz nieokiełznanego ruchu oddaję się sam sobie w akcie emocjonalnego kanibalizmu.
Obraz tak cudownie prawdziwy i inspirujący, że prawie
wierzę.
Prawie…