Śnił mi się
Smutek
Był taki miękki i puszysty
Jak dmuchawiec
Utkany
ze skrawków ciepłych wspomnień
Ukochany
zawsze wierny w trudnych chwilach
Cichy wspólnik
wszystkich nieudanych dni
Pamiętliwy posłaniec
z krainy niespełnionych marzeń
Zaginiony gdzieś
w piaskowej burzy
na pustyni codzienności
Bez niego
jestem tak strasznie
Pusty
Martwy
Nieistniejący
Nawet On mnie opuścił!
Dziwadełka.
Dziwadełka to specyficzny stan materii składającej się z samych kwarków i wymykającej się wszelkim prawom klasycznej fizyki. Blog, który miał być zwykłym zapisem moich myśli z czasem stal się właśnie takim dziwadełkiem,czymś co wymyka się konwencji poezji i prozy. Jedna cząstka dziwadełka może przemienić cały Wszechświat na swoje podobieństwo. Jedno słowo zamienia kolejne w nigdy nieustającą rzekę myśli.
środa, 8 kwietnia 2015
poniedziałek, 2 września 2013
Definicja.
Być poetą
Znaczy
Oddychać
Wątłym światłem
Gwiaździstego nieba
Czuć
Drżenie pachnącej ziemi
Po której pełznie ślepa gąsienica
Słyszeć
Mruczenie kota
Marzącego o wiecznie żywej myszy
Nawijać
Gęste nici niewyraźnych myśli
Na szorstkie szpule niedokładnych słów
Odgadywać
Nieme zagadki
Wiecznie milczącej przyszłości
Usychać
Razem z liściem
Żółknącym w smutnym uścisku jesieni
Rozumieć
Każdy szept
Nawet bełkotliwego pijaka
Czerpać
Równą miarą
Z bliźniaczych studni smutku i radości
Całować
Pomarszczoną powierzchnię jeziora
Ustami bezwstydnej wyobraźni
Spadać
Na ziejące wilgocią lasy
Kroplami rozmarzenia i melancholii
Lecz przede wszystkim
Zakochiwać się w słowach
Na nowo
Każdego dnia
Znaczy
Oddychać
Wątłym światłem
Gwiaździstego nieba
Czuć
Drżenie pachnącej ziemi
Po której pełznie ślepa gąsienica
Słyszeć
Mruczenie kota
Marzącego o wiecznie żywej myszy
Nawijać
Gęste nici niewyraźnych myśli
Na szorstkie szpule niedokładnych słów
Odgadywać
Nieme zagadki
Wiecznie milczącej przyszłości
Usychać
Razem z liściem
Żółknącym w smutnym uścisku jesieni
Rozumieć
Każdy szept
Nawet bełkotliwego pijaka
Czerpać
Równą miarą
Z bliźniaczych studni smutku i radości
Całować
Pomarszczoną powierzchnię jeziora
Ustami bezwstydnej wyobraźni
Spadać
Na ziejące wilgocią lasy
Kroplami rozmarzenia i melancholii
Lecz przede wszystkim
Zakochiwać się w słowach
Na nowo
Każdego dnia
wtorek, 14 maja 2013
Ach.
Zmienna natura świata
Ma zapach zielony
Jak źdźbło soczystej
trawy
Jest ciężka
Niczym gorące
powietrze
Nad rozgrzaną do białości
łąką
Wyróżnia się gorzkim
smakiem
Soli po wyschniętych łzach
Wlewa się pulsującym
rytmem
W sztuczne arterie
ludzkich mrowisk
Zamienia wiecznie tkający Czas
W srebrzystą pajęczynę przeszłości
Poświęca magiczną
chwilę
Najnędzniejszemu żebrakowi
Często potrafi zaiskrzyć
W kolorowym skrzydle motyla
Błyszczy niczym
Gwiazda Poranna
Na firmamencie mojego
smutku
Bez niej byłbym tylko głupcem
Zagubionym w lesie
pustych slow.
piątek, 19 kwietnia 2013
Nikt.
Jestem nikim!
Sługa obowiązków nudnych, meczących i banalnych, niewolnik
dni oraz chwil bez smaku i znaczenia
Destrukcyjne i pełne
chaotycznych instynktów zwierzę uwiezione w ciasnej i kruchej skorupie
intelektu.
Potrzeba istnienia
niewolniczo zależna od neurohormonalnej układanki rozsypanej w kapryśny i bezładny wzór.
Popękane naczynie pełne wspomnień tak mrocznych, ze ich blask wydobywa się nawet spod sparaliżowanych
snem powiek.
Podświadoma otchłań pragnień wypełniona wizją butelek pobrzękujących niczym niewidzialne kajdany.
Namiętny i oddany użytkownik kolorowych pigulek, które obiecują żebraczą porcję ulgi wyrażoną w
miligramach. Niestety nawet nadzieja łykana garściami ginie we mnie bez żadnego śladu.
Poddany zwierzęcej natury
szczerzącej pełną instynktów paszczę przez okrągłe niczym młyńskie kola źrenice.
W złowrogim cieniu
dopaminowej klatki stoję nad przepaścią zachęcającą do skoku obrzydliwym mlaśnięciem znienawidzonych pragnień.
Jej krawędź jest cienką
i niemal niewidzialną granicą oddzielającą rozsądek od obłędu.
Jeden krok i
zamienilbym się w marne krwiste istnienie - bez cienia duszy w straszących zużyciem oczodołach.
Jeden mały krok!
Gdyby Bóg kochał mnie choć trochę nigdy nie pozwoliłby mi się narodzić!
środa, 13 lutego 2013
Tam. (niepoetyckie okruchy wspomnien).
(na podstawie szkicu z 2012)
Wspomnienia zalewają mnie niczym wzburzona morska fala niszcząca domki z piasku wyobrażeń.
Krok po kroku, rozpędzając się w nostalgicznej ucieczce wracam myślą do miejsc które nie maja już prawa istnieć. Miejsc, które były świadkiem tego jak wyłaniałem się z delikatnej piany oczekiwań i niedopowiedzeń.
W jednym z takich miejsc uzyskałem świadomość swojego istnienia, zrozumiałem co to fotel a
co ściana i dlaczego pluszowy mis nie chce oddychać.
Tam odkryłem,ze dorośli brutalnie i bezceremonialnie ingerują w moja dziecięcą
wolnosc. To tam pewnego wieczoru lezalem za wielkim liściem łopianu nie
reagujac na nawolywania rodzicow i oczekujac z perwersyjnym podnieceniem na
nieuchronną karę. To tam wybralem sie na pierwszą w życiu wyprawę trojkołowym
rowerkiem,dojezdzajac az do centrum miasta. Do dzisiaj pamiętam to
przerazenie polaczone z ekscytacją nowością i poczuciem ze nie ma dla mnie już żadnych granic!
Tam tez powiązałem strach i ścisk w gardle z groźnym i ostrym zapachem skórzanego pasa wydobywanego z ciemnej szafy żeby uczyć mnie trudnej sztuki cierpienia.
Tam poznałem swojego pierwszego przyjaciela i zrozumiałem,ze przyjaźń to takie ulotne i nietrwale uczucie.
W tym miejscu po raz pierwszy w wieku kilku lat bawiłem się w doktora z córką znajomej mamy. Pamiętam,ze kobiece cialo wydało mi się takie zabawnie podobne do mojego,za wyjątkiem kilku detali których znaczenia wtedy nie rozumiałem.
Wszystko było wówczas takie monumentalne, subtelnie groźne i pachnące niewypowiedzianą tajemnicą. Moja matka prawie w ogóle nie była jeszcze demonem a ja przez 4 lata bylem jedynakiem, centrum i osią nie tylko mojego Wszechświata.
Tam tez powiązałem strach i ścisk w gardle z groźnym i ostrym zapachem skórzanego pasa wydobywanego z ciemnej szafy żeby uczyć mnie trudnej sztuki cierpienia.
Tam poznałem swojego pierwszego przyjaciela i zrozumiałem,ze przyjaźń to takie ulotne i nietrwale uczucie.
W tym miejscu po raz pierwszy w wieku kilku lat bawiłem się w doktora z córką znajomej mamy. Pamiętam,ze kobiece cialo wydało mi się takie zabawnie podobne do mojego,za wyjątkiem kilku detali których znaczenia wtedy nie rozumiałem.
Wszystko było wówczas takie monumentalne, subtelnie groźne i pachnące niewypowiedzianą tajemnicą. Moja matka prawie w ogóle nie była jeszcze demonem a ja przez 4 lata bylem jedynakiem, centrum i osią nie tylko mojego Wszechświata.
Poznawałem świat zawężony do podworka jak maly kot biegający z dziką radością po
nowym miejscu. Odległości wydawaly mi sie takie wielkie, drzewa niebotycznie wysokie a dorośli potężni,
groźni i wspaniali.
Patrzylem na swojego tatę z niemym zachwytem i podziwem, wydawał się
taki mądry, silny i wszechmocny, gdyby zechcial moglby zmiescic caly swiat w swoich
objeciach. Znal odpowiedzi na wszystkie pytania zarowno te, ktore zadawalem,
jak i wszystkie inne ktore dopiero mialem nauczyc sie zadawac. Tak bardzo
zalezalo mi wtedy na jego milosci i akceptacji, mialem poczucie ze jestem
zwiewnym okruchem istnienia, drobną iskierką, ktora moze w kazdej chwili zgasnac
jesli ktos mnie nie uchroni przed wiatrem szalejacym za bariera obdrapanych
okien.
Obserwowalem walczace w syzyfowym wysilku z wiatrem mewy i marzylem o tym jaki kiedyś będę poteżny i wspanialy, prawdziwy pomnik ludzkiej dumy i godnosci. Marzylem o tym jak bede pomagal innym i jak wszyscy beda mnie kochac i uwielbiac za to jaki będę dobry.
Male, głupie dziecko zamknięte w ciasnej klatce swojego bardzo jeszcze ludzkiego umysłu!
Obserwowalem walczace w syzyfowym wysilku z wiatrem mewy i marzylem o tym jaki kiedyś będę poteżny i wspanialy, prawdziwy pomnik ludzkiej dumy i godnosci. Marzylem o tym jak bede pomagal innym i jak wszyscy beda mnie kochac i uwielbiac za to jaki będę dobry.
Male, głupie dziecko zamknięte w ciasnej klatce swojego bardzo jeszcze ludzkiego umysłu!
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Kiedyś.
Kiedyś istniałem dużo mocniej!
Kiedyś kobiece usta obiecywały więcej słodyczy, a ocean doznań wydawał się odpowiedzią na odwieczne pytanie o szczęście.
Kiedyś tęcza miała więcej kolorów a błękit Nieba był najwspanialszym tłem dla kipiącego życiem świata.
Kiedyś nadzieja nie była tylko pustym słowem a strach miał tak małe oczy, ze chwilami w ogóle ich nie otwierał.
Kiedyś smutek był tylko szczypta lirycznej przyprawy dodającej życiu smaku a ja byłem pełen wiary tak wielkiej,ze czułem się równy
dawno już nieistniejącym bogom.
Kiedyś oddychając miałem poczucie ze przez krotka chwile
jestem w stanie uwięzić w sobie cały świat po to tylko by następnie uwolnić go
bogatszym o cząstkę mnie.
Kiedyś cieple letnie wieczory trwały dłużej, nieznajomi uśmiechali sie szczerzej a rozświetlony księżyc miał jeszcze bardziej ludzka
twarz.
Kiedyś prawda ukryta była w każdej lekkiej jak obłok frazie szybującej przez przestworza mojego umysłu, a samotność była ekscytującym zaproszeniem
do podroży w głąb siebie.
Kiedyś śmierć była tak bardzo martwa,ze nikt nawet o niej
nie pamiętał.I tak byłaby niczym przy mojej sile i woli życia!
Kiedyś miałem plany tak wielkie ze na ich realizacje nie starczyłoby resztek wieczności darowanej mi przez łaskawy Los.
Kiedyś nie byłem jedynie zdeformowanym fragmentem świadomości wystającym ze spienionej otchłani Chaosu.
Bylem czymś więcej niż popękaną szybą przez którą mroźny Wszechświat przygląda się kolejnemu nic nieznaczącemu upadkowi.
Kiedyś…
poniedziałek, 26 listopada 2012
Jesień.
Dusząca dłużyzna bliźniaczo szarych dni staje mi w gardle ością zniechęcenia.
Wszechobecnie wilgotny chłód oblepia panoramę czasu duszącą pajęczyną obojętności.
Zredukowane do kłębistej szarości niebo odbija jedynie smutek i rezygnację powplatane w cierpkie miny nic nieznaczących dwunożnych zwierząt.
Upiornie piękna ta moja jesień!
Wszechobecnie wilgotny chłód oblepia panoramę czasu duszącą pajęczyną obojętności.
Zredukowane do kłębistej szarości niebo odbija jedynie smutek i rezygnację powplatane w cierpkie miny nic nieznaczących dwunożnych zwierząt.
Chwilami czarne jak węgiel kreski uciekających ptaków rysują
na nim oskarżycielsko pożegnalne wzory.
Ryczący wiatr obdziera do kości udręczone kikuty drzew, czasami w przebłysku wrażliwości słyszę jak zawodzą w tęsknocie za schnącymi na gnijącym dywanie dziećmi.
Ryczący wiatr obdziera do kości udręczone kikuty drzew, czasami w przebłysku wrażliwości słyszę jak zawodzą w tęsknocie za schnącymi na gnijącym dywanie dziećmi.
Lodowato mlecznogęsta mgła skrywa rozmazane kształty świata
za wszechogarniającym welonem białej melancholii.
Betonowa armia latarni pozbawionym ciepła blaskiem rzuca wyzwanie purpurowo posępnemu mrokowi.
Betonowa armia latarni pozbawionym ciepła blaskiem rzuca wyzwanie purpurowo posępnemu mrokowi.
Kartki kalendarza bezczelnie mamią pozornym upływem
czasu.Tylko kompletny szaleniec uwierzyłby, ze każdy kolejny dzień nie jest zmyślną kopia poprzedniego.
Kroplista nawałnica zawęża horyzont do miriadów bliźniaczo
nieoryginalnych pionowych strumieni.Dziwne ze chmury podobnie jak ludzie płaczą
zawsze tylko w jednym kierunku.
Ciężka i gęsta niczym ołów aura zwątpienia wypełnia pulsującą natarczywością pustkę po blednących niczym trup wspomnieniach lata.
Jestem tylko tym co czuję, cała reszta to jedno wielkie złudzenie!
Upiornie piękna ta moja jesień!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)