środa, 8 kwietnia 2015

Smutek.

Śnił mi się
Smutek
Był taki miękki i puszysty
Jak dmuchawiec
Utkany
ze skrawków ciepłych wspomnień
Ukochany
zawsze wierny w trudnych chwilach
Cichy wspólnik
wszystkich nieudanych dni
Pamiętliwy posłaniec
z krainy niespełnionych marzeń

Zaginiony gdzieś
w piaskowej burzy
na pustyni codzienności

Bez niego
jestem tak strasznie
Pusty
Martwy
Nieistniejący


Nawet On mnie opuścił!


poniedziałek, 2 września 2013

Definicja.

Być poetą

Znaczy

Oddychać
Wątłym światłem
Gwiaździstego nieba

Czuć
Drżenie pachnącej ziemi
Po której pełznie ślepa gąsienica         

Słyszeć
Mruczenie kota
Marzącego o wiecznie żywej myszy
                                                         
Nawijać
Gęste nici niewyraźnych myśli
Na szorstkie szpule niedokładnych słów

Odgadywać
Nieme zagadki
Wiecznie milczącej przyszłości 
   
Usychać
Razem z liściem
Żółknącym w smutnym uścisku jesieni
    
Rozumieć
Każdy szept
Nawet bełkotliwego pijaka

Czerpać
Równą miarą  
Z bliźniaczych studni smutku i radości
                       
Całować
Pomarszczoną powierzchnię jeziora
Ustami bezwstydnej wyobraźni     

Spadać
Na ziejące wilgocią lasy
Kroplami rozmarzenia i melancholii


Lecz przede wszystkim
Zakochiwać się w słowach
Na nowo
Każdego dnia

wtorek, 14 maja 2013

Ach.

Zmienna natura świata

Ma zapach zielony
Jak źdźbło soczystej trawy

Jest ciężka
Niczym gorące powietrze
Nad rozgrzaną do białości łąką

Wyróżnia się gorzkim smakiem
Soli po wyschniętych łzach

Wlewa się pulsującym rytmem
W sztuczne arterie ludzkich mrowisk

Zamienia  wiecznie tkający Czas
W srebrzystą pajęczynę przeszłości

Poświęca magiczną chwilę
Najnędzniejszemu żebrakowi

Często potrafi zaiskrzyć
W kolorowym skrzydle motyla

Błyszczy niczym Gwiazda Poranna
Na firmamencie mojego smutku

Bez niej byłbym tylko głupcem
Zagubionym w lesie pustych slow.

piątek, 19 kwietnia 2013

Nikt.

Jestem nikim!
Sługa obowiązków nudnych, meczących i banalnych, niewolnik dni oraz chwil bez smaku i znaczenia
Destrukcyjne i pełne chaotycznych instynktów zwierzę uwiezione w ciasnej i kruchej skorupie intelektu.
Potrzeba istnienia niewolniczo zależna od neurohormonalnej układanki rozsypanej w kapryśny i bezładny wzór.
Popękane naczynie pełne wspomnień tak mrocznych, ze ich blask wydobywa się nawet spod sparaliżowanych snem powiek.
Podświadoma otchłań pragnień wypełniona wizją butelek pobrzękujących niczym niewidzialne kajdany.
Namiętny i oddany użytkownik kolorowych pigulek, które obiecują żebraczą porcję ulgi wyrażoną w miligramach. Niestety nawet nadzieja łykana garściami ginie we mnie bez żadnego śladu.
Poddany zwierzęcej natury szczerzącej  pełną instynktów paszczę przez okrągłe niczym młyńskie kola  źrenice.
W złowrogim cieniu dopaminowej klatki stoję nad  przepaścią zachęcającą do skoku obrzydliwym mlaśnięciem znienawidzonych pragnień.
Jej krawędź jest cienką i niemal niewidzialną granicą oddzielającą rozsądek od obłędu.
Jeden krok i zamienilbym się w marne krwiste istnienie - bez cienia duszy w straszących zużyciem oczodołach.

Jeden mały krok!

Gdyby Bóg kochał mnie choć trochę nigdy nie pozwoliłby mi się narodzić!

środa, 13 lutego 2013

Tam. (niepoetyckie okruchy wspomnien).

(na podstawie szkicu z 2012)


Wspomnienia zalewają mnie niczym wzburzona morska fala niszcząca domki z piasku wyobrażeń.
Krok po kroku, rozpędzając się w nostalgicznej ucieczce wracam myślą do miejsc które nie maja już prawa istnieć. Miejsc, które były świadkiem tego jak wyłaniałem się z delikatnej piany oczekiwań i niedopowiedzeń.
 W jednym z takich miejsc uzyskałem świadomość swojego istnienia, zrozumiałem co to fotel a co ściana i dlaczego pluszowy mis nie chce oddychać.
 Tam odkryłem,ze dorośli brutalnie i bezceremonialnie ingerują w moja dziecięcą wolnosc. To tam pewnego wieczoru lezalem za wielkim liściem łopianu nie reagujac na nawolywania rodzicow i oczekujac z perwersyjnym podnieceniem na nieuchronną karę. To tam wybralem sie na pierwszą w życiu wyprawę trojkołowym rowerkiem,dojezdzajac az do centrum miasta. Do dzisiaj pamiętam to przerazenie polaczone z ekscytacją nowością i poczuciem ze nie ma dla mnie już żadnych granic!
Tam tez powiązałem strach i ścisk w gardle z groźnym i ostrym zapachem skórzanego pasa wydobywanego z ciemnej szafy żeby uczyć mnie trudnej sztuki cierpienia.
Tam poznałem swojego pierwszego przyjaciela i zrozumiałem,ze przyjaźń to takie ulotne i nietrwale uczucie.
W tym miejscu po raz pierwszy w wieku kilku lat bawiłem się w doktora z córką znajomej mamy. Pamiętam,ze kobiece cialo
wydało mi się takie zabawnie podobne do mojego,za wyjątkiem kilku detali których znaczenia wtedy nie rozumiałem.
Wszystko
było wówczas takie monumentalne, subtelnie groźne i pachnące niewypowiedzianą tajemnicą. Moja matka prawie w ogóle nie była jeszcze demonem a ja  przez 4 lata bylem jedynakiem, centrum i osią nie tylko mojego Wszechświata. 
Poznawałem świat zawężony do podworka jak maly kot biegający z dziką radością po nowym miejscu. Odległości wydawaly mi sie takie wielkie, drzewa niebotycznie wysokie a dorośli potężni, groźni i wspaniali. 
Patrzylem na swojego tatę z niemym zachwytem i podziwem, wydawał się taki mądry, silny i wszechmocny, gdyby zechcial moglby zmiescic caly swiat w swoich objeciach. Znal odpowiedzi na wszystkie pytania zarowno te, ktore zadawalem, jak i wszystkie inne ktore dopiero mialem nauczyc sie zadawac. Tak bardzo zalezalo mi wtedy na jego milosci i akceptacji, mialem poczucie ze jestem zwiewnym okruchem istnienia, drobną iskierką, ktora moze w kazdej chwili zgasnac jesli ktos mnie nie uchroni przed wiatrem szalejacym za bariera obdrapanych okien.
Obserwowalem walczace w syzyfowym wysilku z wiatrem mewy i marzylem o tym jaki kiedyś będę poteżny i wspanialy, prawdziwy pomnik ludzkiej dumy i godnosci. Marzylem o tym jak bede pomagal innym i jak wszyscy beda mnie kochac i uwielbiac za to jaki będę dobry.

Male, głupie dziecko zamknięte w ciasnej klatce swojego bardzo jeszcze ludzkiego umysłu!

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Kiedyś.

Kiedyś istniałem dużo mocniej!
Kiedyś kobiece usta obiecywały więcej słodyczy, a ocean doznań wydawał się odpowiedzią na odwieczne pytanie o szczęście.
Kiedyś tęcza miała więcej kolorów a błękit Nieba był najwspanialszym tłem dla kipiącego życiem świata.
Kiedyś nadzieja nie była tylko pustym słowem a strach miał tak małe oczy, ze chwilami w ogóle ich nie otwierał.
Kiedyś smutek był tylko szczypta lirycznej przyprawy dodającej życiu smaku a ja byłem pełen wiary tak wielkiej,ze czułem się równy dawno już nieistniejącym bogom.
Kiedyś oddychając miałem poczucie ze przez krotka chwile jestem w stanie uwięzić w sobie cały świat po to tylko by następnie uwolnić go bogatszym o cząstkę mnie.
Kiedyś cieple letnie wieczory trwały dłużej, nieznajomi uśmiechali sie szczerzej a rozświetlony księżyc miał jeszcze bardziej ludzka twarz.
Kiedyś prawda ukryta była w każdej lekkiej jak obłok frazie szybującej przez przestworza mojego umysłu, a samotność była ekscytującym zaproszeniem do podroży w głąb siebie.
Kiedyś śmierć była tak bardzo martwa,ze nikt nawet o niej nie pamiętał.I tak byłaby niczym przy mojej sile i woli życia!
Kiedyś miałem plany tak wielkie ze na ich realizacje nie starczyłoby resztek wieczności darowanej mi przez łaskawy Los.

Kiedyś nie byłem jedynie zdeformowanym fragmentem świadomości wystającym ze spienionej otchłani Chaosu.
Bylem czymś więcej niż popękaną szybą przez którą mroźny Wszechświat przygląda się kolejnemu nic nieznaczącemu upadkowi.
Kiedyś…

poniedziałek, 26 listopada 2012

Jesień.

Dusząca dłużyzna bliźniaczo szarych dni staje mi w gardle ością zniechęcenia.
Wszechobecnie wilgotny chłód oblepia panoramę czasu duszącą pajęczyną obojętności.
Zredukowane do kłębistej szarości niebo odbija jedynie smutek i rezygnację powplatane w cierpkie miny nic nieznaczących dwunożnych zwierząt.

 Chwilami czarne jak węgiel kreski uciekających ptaków rysują na nim oskarżycielsko pożegnalne wzory.
 Ryczący wiatr obdziera do kości udręczone kikuty drzew, czasami w przebłysku wrażliwości słyszę jak zawodzą w tęsknocie za schnącymi na gnijącym dywanie dziećmi. 
 Lodowato mlecznogęsta mgła skrywa rozmazane kształty świata za wszechogarniającym welonem białej melancholii.
 Betonowa armia latarni pozbawionym ciepła blaskiem rzuca wyzwanie purpurowo posępnemu mrokowi.
 Kartki kalendarza bezczelnie mamią pozornym upływem czasu.Tylko kompletny szaleniec uwierzyłby, ze każdy kolejny dzień nie jest zmyślną kopia poprzedniego.
 Kroplista nawałnica zawęża horyzont do miriadów bliźniaczo nieoryginalnych pionowych strumieni.Dziwne ze chmury podobnie jak ludzie płaczą zawsze tylko w jednym kierunku.
 Ciężka i gęsta niczym ołów aura zwątpienia wypełnia pulsującą natarczywością pustkę po blednących niczym trup wspomnieniach lata.

Jestem tylko tym co czuję, cała reszta to jedno wielkie złudzenie!

Upiornie piękna ta moja jesień!