tekst z 2007
Słowa parząco zimne jak tafla błyszczącego szronem odległości monitora.
Naszyjnik z pereł wypełnionych pustką ulatniających się myśli.
Kilka grafomańskich fraz w miejscu gdzie emocje są wyblakłe i na kredyt.
Przyjaciele odlegli o setki kilometrów i miliardy osobno przeżytych chwil.
Wspomnienia pięknych momentów, które już dawno są w formalinie przeszłości.
Garść zdjęć nieustannie parzących nigdy nieprzejrzałą namiętnością.
Jesienna Praga piękna i ciągle paląca w sercu niczym żar najdroższych kiedyś ciemnych oczu. Samotność tak pewna jak to, że kiedyś przestanę oddychać.
Kilka złudzeń natleniających dawno już pobladłe i wysychające od dzieciństwa serce.
Świadectwo odwróconego upadku w bliznach na rekach, wątrobie i umyśle.
Wiedza ogromnie niepotrzebna jak wielkie i martwe słone jezioro.
Umysł jak ślepy głupiec pewien swojej fałszywej wartości.
Łzy niewypłakane w imię ulotnej odwagi.
Parę emocji rozrzuconych jak kości po cmentarzu.
Poczucie wartości zmienne jak magia każdej z niepowtarzalnych chwil.
Zasady postarzałe w tęsknocie za czasem, którego już nie ma.
Pustka, która mógłbym rozsypać na parseki wszechświata.
Wzory wyjaśniające nikomu niepotrzebne prawdy.
Gorzki trochę ten stan posiadania. Niepotrzebnie czytam Zbigniewa. Czas się poddać i pozwolić, żeby Sen mnie zbawił.
Cholerny tchórz ze mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz