niedziela, 5 sierpnia 2007

Dym.

Spalam wlasne zludzenia w cygarze nabitym samotnoscia i melancholia.Zimne powietrze sierpniowej nocy delikatnie caluje lodowatymi podmuchami moje nagie cialo.Utknalem w niewidzialnym punkcie miedzy samotnoscia i zatraceniem i nie umiem, nie potrafie,nie chce sie poruszyc.W akcie swiadomego zniewolenia pozwalam marzeniom, zeby wiodły mnie na manowce w poszukiwaniu bliskosci, ktorej tak naprawde nie ma.Ukryty za szara mgla codziennosci kazdego dnia walcze o wyblakle wartosci i zasady, ktore sa tylko marna fasada dla mojego niepokornego umyslu.Otoczony murem z perfekcjonizmu i charyzmy z przerazeniem tule sie do kazdej z nadchodzacych bezlitosnie chwil z nadzieja, ze choc jedna z nich przyniesie zludzenie bliskosci.Przez jedno mgnienie uwodzicielsko zmiennej rzeczywistosci, przez jeden oddech nieuchronnie starzejacego sie Wszechswiata chcialbym poczuc sie wolny od leku i niepokoju.W moim strasznie przewlekle niedlugim zyciu mialem w dloniach juz tyle pieknych perel obietnic i oczekiwan, ze powinienem byc teraz bardzo bogatym czlowiekiem.Dlaczego wiec ciagle zebrze o wiecej, dlaczego nie moge odnalezc tego blasku, ktory wypełniłby moje pokaleczone wnetrze cisza i spokojem? Niczym szalony eremita na pustyni wlasnych emocji stapam po kaleczacym piasku rzeczywistosci.Im mocniej krwawia mi stopy tym bardziej wierze, ze zyje i ide.Tak dlugo, az bol wypelni mnie calkowicie i nie bedzie juz potrzeby zebym szedl dalej.Wowczas zatrzymam sie i bede smakowal z uznaniem glebie moich nieistniejacych doznan i falszywych sukcesów. Przeciez nie mogłbym sie przyznac,ze przegralem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz