poniedziałek, 27 czerwca 2011

Ogród.

tekst z 2007 
Mój ogród pełen jest mgły cudownej pustki. W moim ogrodzie kwiaty slow zakwitają na poskręcanych konarach zdań, a ziemia ma smak spalonych przez Czas wspomnień. Mój ogród ciągle krzyczy tysiącami żali zaklętych w zimny kamień stężałej ciszy. Jest w nim bezmiar narastającego chłodu wilgoci skraplającej się z suchym trzaskiem pękających marzeń. W moim ogrodzie wszystko jest od siebie bezpiecznie daleko, tak żeby nic nie przypominało o niszczącej dla delikatnych kwiatów zarazie bliskości. W moim ogrodzie osty złości przebijają dumne i najsilniejsze szyje przez dzikie chaszcze słabszych i nieuporządkowanych emocji. Jest też pożądanie pozamykane w bezpiecznie drżących czerwonym lękiem owocach-zawsze wiszących na niewidzialnych i odległych gałęziach złudzeń. W moim ogrodzie jest małe jezioro z mętnych molekuł słów przylatujących codziennie na skrzydłach wiatru z innych ogrodów. Nigdy jeszcze z niego nie piłem, boję się, że prawda może być tak gorzka i bolesna, że położę się i zasnę na zawsze na kobiercu mchu własnej i nazwanej niedoskonałości. Cudownie piękny jest mój ogród. Nie chcę w nim nikogo i niczego. Nikogo nie potrzebuje i nikt nie może mi nic dać ani zabrać. Chcę być sam. W moim strasznie pięknym i pełnym pustki Ogrodzie.

sobota, 25 czerwca 2011

Akceptacja.

tekst z 2007 
Akceptuję palący ból w żołądku, który wylewa mi się drżeniem z rąk.
Akceptuję brak akceptacji jako przejaw ślepej sprawiedliwości Losu, który nie wybiera tylko po prostu wskazuje.
Akceptuję emocje i złudzenia opadające pyłem na drodze, którą kroczę.
Akceptuję świadomość nieuchronności i goryczy wyborów, które nie zależą ode mnie.
Akceptuję wolność wyboru nawet jeśli mnie rani i zatrzymuje oddech w piersi.
Akceptuję moje słabości i bóle jako nieodłączny element permanentnego rozwoju.
Akceptuję pożegnania jako wyraz dopełnienia umierającej przeszłości.
Akceptuję zmiany jako przejaw realnego i prawdziwego bogactwa świata.
Akceptuję siebie jako centrum i oś mojego wszechświata, nieważne czy wybucha w nim supernowa czy tworzy się czarna dziura.

Jestem bramą przez którą sączy sie rzeczywistość!
Odmówić akceptacji jakiemukolwiek jej z przejawów, byłoby zaprzeczeniem esencji mojego istnienia.
Akceptuję nawet bunt jaki jest we mnie ,bo wiem, ze jest tylko wyspą słabości rozpuszczaną przez Czas.

czwartek, 16 czerwca 2011

Wyznanie ateistycznej wiary.

tekst z 2007 
Wierzę w gorące słowa, które pomimo wrodzonej niedoskonałości potrafią zmieniać ludzi, świat oraz pragnienia i myśli. Wierzę w szczerą i głęboką jak ocean spokoju przyjaźń opartą na cieple, oddaniu i zaufaniu. Wierzę w ludzką godność-źródło dumnych i niezniszczalnych wartości. Wierzę w dynamiczny porządek i  stałą zmienność jako przejawy niezgłębionej i polimorficznej różnorodności tego świata. Wierzę w miłość palącą serce jak najgorętsza lawa, i wierzę w pragnienia od których świat wiruje słodko i obłędnie. Wierzę w prawdę –fundament tego co wieczne i trwałe. Wierzę w ludzką niezmierzoną siłę, ekspresję woli życia i przetrwania. Wierzę w walkę do utraty tchu, nawet wtedy kiedy już nie ma o co walczyć. Wierzę w potęgę i symbolikę upadku – praprzyczyny i początku zmian na lepsze. Wierzę w niewinność i naiwność – nieskalane dzieci idealizmu. Wierzę w idee, które wcale nie są cieniami na ścianach jaskini. Wierzę w Umysł i Rozum, dwa czarne anioły z tysiącem skrzydeł szeptających nieskończony hymn dla Postępu i Rozwoju. Wierzę w spokój – nawet jeśli trwa tylko sekundę pomiędzy jednym szaleństwem a drugim. Wierzę w pragnienia i cierpienie- dwie strony tego samego Księżyca. Wierzę w ciszę, potrzebną przeciwwagę dla natłoku słów. Wierzę w zbawienie, nie Kiedyś i Tam, ale Tu i Teraz. Wierzę w sprawiedliwość- kata sumień niespokojnych i nieczystych. Wierzę w wiarę niezłomną jako istotę człowieczeństwa bez względu na to czy pochodzi z Pustki czy od Boga!

wtorek, 14 czerwca 2011

Remanent.

tekst z 2007
Słowa parząco zimne jak tafla błyszczącego szronem odległości monitora.
Naszyjnik z pereł wypełnionych pustką ulatniających się myśli.
Kilka grafomańskich fraz w miejscu gdzie emocje są wyblakłe i na kredyt.
Przyjaciele odlegli o setki kilometrów i miliardy osobno przeżytych chwil.
Wspomnienia pięknych momentów, które już dawno są w formalinie przeszłości.
Garść zdjęć nieustannie parzących nigdy nieprzejrzałą namiętnością.
Jesienna Praga piękna i ciągle paląca w sercu niczym żar najdroższych kiedyś ciemnych oczu. Samotność tak pewna jak to, że kiedyś przestanę oddychać.
Kilka złudzeń natleniających dawno już pobladłe i wysychające od dzieciństwa serce.
Świadectwo odwróconego upadku w bliznach na rekach, wątrobie i umyśle.
Wiedza ogromnie niepotrzebna jak wielkie i martwe słone jezioro.
Umysł jak ślepy głupiec pewien swojej fałszywej wartości.
Łzy niewypłakane w imię ulotnej odwagi.
Parę emocji rozrzuconych jak kości po cmentarzu.
Poczucie wartości zmienne jak magia każdej z niepowtarzalnych chwil.
Zasady postarzałe w tęsknocie za czasem, którego już nie ma.
Pustka, która mógłbym rozsypać na parseki wszechświata.
Wzory wyjaśniające nikomu niepotrzebne prawdy.

Gorzki trochę ten stan posiadania. Niepotrzebnie czytam Zbigniewa. Czas się poddać i pozwolić, żeby Sen mnie zbawił.
Cholerny tchórz ze mnie.