piątek, 17 lutego 2012

Lubię.

 Lubię prowadzać kobiece umysły na smyczy ich własnych wyobrażeń. Takie spacery bywają bardzo ekscytujące, szczególnie jeśli to im się wydaje, ze określają kierunek. Szkoda tylko, ze z reguły jedyne na co je stać to brodzenie w płytkiej wodzie.
  Lubię również smakować kobiecych ciał, niestety jakoś dziwnie szybko tracą swój pachnący nowością i tajemnicą smak. Z każdym kęsem zaczynają coraz bardziej stawać mi w gardle ością codzienności.
  Akty kreacji także niezmiernie uwielbiam. Z perwersyjna przyjemnością niczym Frankenstein z padliny dawno martwych uczuć próbuję poskładać nowe życie. Żałuję strasznie, ze im bardziej się staram tym bardziej bezładne, karykaturalne i niespełnione są moje potworzenia.
  Muzy swoje adoruje aż do granic ekstazy. W pierwotnym zachwycie spoglądam na nie z początku jak na idealne rzeźby-niemal jak na Wenus z Milo moich pragnień!  Po czasie z przykrością jednak stwierdzam, ze bez ciągłego łatania i naprawiania moimi boskimi słowami ich twarze staja się coraz bardziej rozczarowująco ludzkie, a posagowe sylwetki pełne luk i niedoskonałości.
  Przyjaciółki moje wielbię tym bardziej im mocniej czyjeś się stają.  Dzięki temu mogę bezpiecznie pławić się w blasku fałszywej atrapy bliskości.
  Czytelniczki wszystkie z dystansem darze sympatia. Ich podziw napędza mnie jak ciężka praca galerników wielki okręt. Nie oznacza to wcale, ze jesteśmy równi. Mimo, ze wyprawa jest nasza wspólna, to ja jestem treścią i esencją podroży!

  W sieci swojego chorego umysłu niczym męska Arachne plotę geste i misterne kobierce myśli o związkach boga ze śmiertelnymi kobietami. Są tak perfekcyjnie wspaniale, ustalone i uporządkowane. 
  Jeśli któryś zrządzeniem losu okaże się mniej idealny niż mój boski plan, wówczas bez wahania odrzucam go do Tartaru zapomnienia.

Och jakiż ze mnie subtelny, delikatny i uroczy sentymentalista.

czwartek, 16 lutego 2012

Zabawa

 (pamieci Boleslawa Lesmiana,najwiekszego polskiego poety) 

  Zaczlowieczone korytarze ulic roznudzaja gesta tlumowatoscia. Skrzydlujace, metalowe atrapy ptakow wyniebieszczaja biala powietrzowatosc nieba dlugimi warkoczami waciastej dymistości.
  Kwadraciste i kanciatowate pojemniki na zapakowaną w skórę miesistosc i tłustą galaretowatość przemieszczaja się z przeburczalym rozklekotaniem po dlużystych wezystosciach drog.
  Odliściastwione i wyigłowane drzewa nasamotniają przestrzenność wymierzalną jedynie rozstawistością rozbrunatnionych pni.
  Rozkomarzone latem kolorowiste przestrzenie teczowieją z zimna migoczącą krystalodowością.
  Wyblocona sniegowatosc z lubieznistym mlaskaniem polyka ciche kroki rozpędzistego pospiechu. Codziennie odłachmaniona i pracoholizujaca szczudlistosc zabieganych odnóżyn
pokarmizuje jej przeglodniałą kałużnistość.
  Swidrujaca dzwięczystosc dzwonów miesza się z falczystą dzwiękowatoscią wiatru w oddźwiękowany chaotyczniak.
  Umiejąca jedynie zarozumialczyć i gluptasić szarzystowata papkowatosc wylewa się gigalitrami z bylejaczących* ust.
  Przerozbawiona swoja wlasna nadinteligentnoscia próżna beztalentowatość szczerzy rownomierny rzad zębistosci do bezistniejacej widowni monitora.
  Wyraznie jest dzisiaj soba zachwycona!
 

 *jedyny neologizm swiadomie zapozyczony od Lesmiana, reszta moja wlasna (choc bez gwarancji ,ze nie uzywana wczesniej, w sumie sa dosc proste  i oczywiste).

środa, 15 lutego 2012

Krzyk.

  Wykastrowany cierpieniem Rozum z przerażeniem zwraca w spazmach resztki przytłaczającego dnia. Cuchnące mrokiem i cynamonem insekty zwątpienia pełzają po świetlistych szlakach mojego umysłu. Słyszę ich szelest, czuje jak wibrującą ścieżką strachu wciskają się w każdy zakamarek mojej duszy, szepczą obrzydliwe obrazy, podpowiadają skórze paniczne drżenie, toczą fundamenty zdrowego rozsądku.
  Słowa kotłują się jak mrowisko, kiedy przyjrzeć mu się uważnie można rozpoznać obrane do kości marzenia i nadzieje. Ich trupi zapach rozsiewa poświatę tak okropną, ze nawet ślepe meble odwracają nieistniejące oczy do wnętrza drewnianych pudel.
  Umysł - mój jedyny  i prawdziwy przyjaciel krzyczy do mnie gdzieś z oddali szarością bezwartościowych slow, bez jego mocnego ramienia czuje się taki slaby i bezbronny. Przez wiele lat razem budowaliśmy zapory i wały w oczekiwaniu na wielka powódź. Teraz z przerażeniem widzę, ze jedyne co stworzyliśmy to podwodny labirynt. Sens jego istnienia od początku był tak fałszywy jak ciepło, które czuje zamarzający człowiek.
  Pohukująca Minerwa wylądowała gdzieś w konarach mózgowej układanki. Będzie dzięki temu mogla z bliska obserwować jak w codziennym rytuale elektryczna burza tratuje kruchą łąkę mojej świadomości. Nic jej to nie obchodzi, takich jak ja może mieć na pęczki każdego dnia.
  Milczący Bóg przysiadł na skraju drogiego fotela i z ironiczna mina wypełnia przestrzeń narastającym do krzyku milczeniem. Nigdy nic do mnie nie mówi, nie ma w tym nic dziwnego, w końcu nawet on musi mieć dzieci, których nie chce kochać.
  Telefon – małe pudełko pełne pustych i nic nieznaczących slow, obraża mnie swoja arogancka małomownością. Wie ze nic mu nie grozi, w końcu dla bankruta nawet fałszywy banknot bywa bezcenny.
  Nienazwane pragnienie nicości skrada się gdzieś w przymglonych zakamarkach pokoju, wola mnie do siebie, obiecuje wyzwolenie i wieczna ulgę, och jak ciężko nie ulec temu syreniemu śpiewowi!
  Gdybym chociaż umiał pisać piękne wiersze, napełniać wzdęte sklepienia ciągle jeszcze trochę małpich czaszek ulotnymi emocjami. Gdybym cokolwiek znaczył, stanowił, tworzył!
  Gdybym chociaż naprawdę istniał…

sobota, 11 lutego 2012

Zima.

  Miękkie i delikatne płatki śniegu wirują w posępnym tańcu z lodowatymi podmuchami wiatru. Stalowoszare niebo przygląda się własnej brzydocie w zimnej i pokrytej błotnistą skorupą ziemi. Nagie i pozbawione osłony liści drzewa straszą upiorną smukłością, gdy patrzę na nie kątem oka przypominają macki drapieżnych potworów ukrytych w zakamarkach dziecięcych lęków. Nieforemni i groteskowi ludzie poubierani w banalne potrzeby i nędzne oczekiwania przemieszczają się jak pionki po szachownicy codzienności. Przysadziste sylwetki budynków wydaja się grubsze i bardziej krępe, pewnie dlatego ze czysta i nieskazitelna biel sprawia ze obrzydliwe grzechy ich mieszkańców stają się na jej tle dużo bardziej wyraźne i widoczne.
  Zimą nie ma dnia, zimą tylko Noc słabnie na kilka godzin, ale i tak nigdy nie wypuszcza Słońca ze swoich mrocznych objęć.
  Zimą przenikliwy Chłód odbiera rzekom i strumieniom esencję życia i zmiany ukrytą w ciągłym ruchu, zaklinając ich powierzchnie mroźnym podmuchem w lodowa tafle. Na podobnej zasadzie działa Śmierć wygładzająca wzburzone fale w ludzkiej Duszy. Natura nie ma bowiem w zwyczaju marnować własnych, perfekcyjnych wynalazków.
  Zimą nawet zwierzęta tracą wiarę w odwieczny plan, obrażone i zdezorientowane chowają się za grubym futrem lub zasłoną snu, zawężając cala swoja egzystencję i wiarę do walki o przetrwanie.
Są w tym takie naturalne, zupełnie inaczej niż ludzkie marionetki wierzące, ze istnieje cokolwiek więcej.

  Tak bardzo chciałbym wtopić się w Zimę i stać się krystalicznie uporządkowanym i nieskalanym płatkiem śniegu. Kwantem boskiej doskonałości ulegającym tylko grawitacji. Kochankiem praw fizyki, bratem wiatru, partnerem idealności, przyjacielem chłodu i adoratorem swobodnego lotu.
  Unosiłbym się lekki i niewinny, upajałbym się własną doskonałością, pozwalałbym się przyspieszać, targać ,miotać, zawracać. Smakowałbym z perwersyjna rozkoszą własne przenikające zimno, rozpraszałbym w smutnym żarcie słabe promienie Słońca. Czułbym się tak doskonale wolny i niezależny, do niczego nie przywiązany i nikomu niepotrzebny!
  Oddałbym swoja cala nieśmiertelną Dusze za taki jeden lot!