Lubię prowadzać kobiece umysły na smyczy ich własnych wyobrażeń. Takie spacery bywają bardzo ekscytujące, szczególnie jeśli to im się wydaje, ze określają kierunek. Szkoda tylko, ze z reguły jedyne na co je stać to brodzenie w płytkiej wodzie.
Lubię również smakować kobiecych ciał, niestety jakoś dziwnie szybko tracą swój pachnący nowością i tajemnicą smak. Z każdym kęsem zaczynają coraz bardziej stawać mi w gardle ością codzienności.
Akty kreacji także niezmiernie uwielbiam. Z perwersyjna przyjemnością niczym Frankenstein z padliny dawno martwych uczuć próbuję poskładać nowe życie. Żałuję strasznie, ze im bardziej się staram tym bardziej bezładne, karykaturalne i niespełnione są moje potworzenia.
Muzy swoje adoruje aż do granic ekstazy. W pierwotnym zachwycie spoglądam na nie z początku jak na idealne rzeźby-niemal jak na Wenus z Milo moich pragnień! Po czasie z przykrością jednak stwierdzam, ze bez ciągłego łatania i naprawiania moimi boskimi słowami ich twarze staja się coraz bardziej rozczarowująco ludzkie, a posagowe sylwetki pełne luk i niedoskonałości.
Przyjaciółki moje wielbię tym bardziej im mocniej czyjeś się stają. Dzięki temu mogę bezpiecznie pławić się w blasku fałszywej atrapy bliskości.
Czytelniczki wszystkie z dystansem darze sympatia. Ich podziw napędza mnie jak ciężka praca galerników wielki okręt. Nie oznacza to wcale, ze jesteśmy równi. Mimo, ze wyprawa jest nasza wspólna, to ja jestem treścią i esencją podroży!
W sieci swojego chorego umysłu niczym męska Arachne plotę geste i misterne kobierce myśli o związkach boga ze śmiertelnymi kobietami. Są tak perfekcyjnie wspaniale, ustalone i uporządkowane.
Jeśli któryś zrządzeniem losu okaże się mniej idealny niż mój boski plan, wówczas bez wahania odrzucam go do Tartaru zapomnienia.
Och jakiż ze mnie subtelny, delikatny i uroczy sentymentalista.