Dziwadełka to specyficzny stan materii składającej się z samych kwarków i wymykającej się wszelkim prawom klasycznej fizyki. Blog, który miał być zwykłym zapisem moich myśli z czasem stal się właśnie takim dziwadełkiem,czymś co wymyka się konwencji poezji i prozy. Jedna cząstka dziwadełka może przemienić cały Wszechświat na swoje podobieństwo. Jedno słowo zamienia kolejne w nigdy nieustającą rzekę myśli.
niedziela, 29 lipca 2007
Cynizm.
Z leniwą pogardą przyglądam się przepływającym przeze mnie ludzkim istnieniom.Są takie słabe i transparentne, gdy patrzę na nie stalowymi oczami mojego analitycznego cynizmu.Jeden podmuch,jedna fala sprawia, że zaczynają rozpaczliwe tonąć w oceanie klęsk i upadków.Nie jestem i nie będę taki jak oni!Jestem płomieniem, który syczącym blaskiem oślepia niepokorną rzeczywistość.Jestem błyskawicą, która zjednoczona potęgą miliardów elektronów uderza w żebrzący o ukaranie, leniwy i bezwolny grunt ludzkich słabości.Jestem suchą i gorącą wichurą, która bezlitośnie osusza bagna lęków, urojonych przekonań oraz słabości.Kiedyś upadłem tak nisko, że poczułem smak błota na własnych stopach.Siłą własnej nieujarzmionej woli narodziłem się na nowo, aby istnieć i być najmocniej jak tylko potrafię i umiem.Mocno, intensywnie, z siłą i dumą!Chciałbym spalać się tak mocno, żeby objąć cały świat jednym,wielkim ciemnym płomieniem mojej Wiary!
sobota, 28 lipca 2007
Chłód.
Nie lubię się zatrzymywać.Nie lubię gdy ktokolwiek lub cokolwiek staje mi na Drodze.Nie lubię kompromisów, porażek, wahania i impasu.Nie toleruję ludzi i chmur nieuporządkowanych zdarzeń, które rzucają cień na moje ideały i wizje.Jestem apodyktycznym autokratą w moim idealnie harmonijnym i uporządkowanym świecie.Nic i nikt nie może mi się sprzeciwić!Każdy kto wkracza do mojego świata podejmuje ryzyko, ze moja miłość może zamienić go w mojego śmiertelnego wroga.Tak naprawdę obojętność to najcichsza,najtrwalsza i najprawdziwsza oaza bezpieczeństwa i spokoju, w której można się schronić.Jednym władczym gestem, w każdej z przestraszonych moją gwałtownością chwil mogę zniszczyć budowane miesiącami i wiszące na mostach pragnień ogrody moich słów.Czy teraz to robię?Dzisiaj jest mi tak chłodno, że wszystko mi jedno.Jak widać obojętność może być tez czasem kołem ratunkowym rzuconym tonącej i umierającej namiętności.Uwielbiam takie paradoksy, dzięki nim świat staje się jeszcze bardziej cudownie skomplikowany.
poniedziałek, 23 lipca 2007
Muza.
Jest najwartościowszym mgnieniem rzeczywistości jakie przydarzyło mi się od nieistniejącego już kiedyś do wiecznie żywego tu i teraz.Jest dla mnie tak cenna, że nawet myśl o jej utracie prowadzi mnie na krawędź obłędu i szalejącej rozpaczy. Jest dla mnie nową Wiarą i wyznaniem-zsyła na mnie objawienie gracji, ruchu i nieskończonej kobiecej doskonałości.Jest czymś co wymyka się wszelkim prawom- rzuca na kolana pokory mój chłodny i analityczny umysł i uczy go chłostą piękna i uroku czym jest oddanie i uwielbienie.Jest wyzywającą i kuszącą tamą, o którą rozbijają się zimne i nieszczęśliwe fale mojego smutku i cynizmu.Jest moim ratunkiem- blaskiem, który zabija wyniszczające mnie cienie ciemnej jak pustka przeszłości. Każda z chwil spędzona przy niej i z nią jest wypełniona upajającym smakiem siły kobiecej wrażliwości.Jest zamrożonym wulkanem pożądania szturmowanym codziennie przez gorącą lawę moich pragnień.Uwielbiam czuć jak kropla po kropli topię w niej skały sprzeciwu i zastygłych,stężałych aż do bólu oporów i przekonań. Nie oddałbym muśnięcia moich spragnionych ust na jej perfekcyjnych stopach nawet w zamian za wszystkie kobiety tego świata.Każde jej spojrzenie jest palącą głębię duszy nagrodą i potwierdzeniem, że moje życie może mieć jakiś sens między jednym a drugim uderzeniem serca bezwzględnie obojętnego Czasu.Możecie mi ofiarować całą euforię i ekstazę zgromadzoną we wszystkich ludzkich sercach, a ja i tak wolę pełzać u jej stóp w żebraczym oczekiwaniu, ze podaruje mi chociaż jedno swoje tchnienie.Chciałbym rozsypać się w proch i pył miłości i uwielbienia, kto wie może kiedyś jeden jej ruch uwolni mnie i zbawi w kojącym akcie ekstazy i podeptania.Jedyne czego mi teraz potrzeba to ona, bucik i krzesło wilgotne od strumienia niezaspokojonych pragnień...
wtorek, 17 lipca 2007
Mur.
Nieufność zaciska wokół mojej szyi stalowa obręcz obojętności i zniechęcenia.Czuję się tak bardzo odrębny i niezgodny z rytmem leniwie pełzającego we wszystkich kierunkach świata.Może długie i palące chwile płomiennych rozmyślań oślepiły mnie tak bardzo, ze stałem się tylko ślepcem kuszonym zapachem emocji, które tak naprawdę nie istnieją.Może jestem żałosnym i zasługującym na drwinę ludzkim pomnikiem dla naiwności i karykaturalnego idealizmu.Może jestem patetycznym sentymentalista topiącym tchórzliwie swoje głęboko skrywane krzywdy i cierpienia w smutku i poczuciu żalu.Może jestem po prostu ekshibicjonistycznym eremitą rozgrzeszającym się podstępnie poprzez wyszukane frazy z grzechu własnej samotności.Może rzucam na papier fałszywe perły nieistniejącego bogactwa, żeby uniknąć prawdy o tym jak bardzo czegoś nie mam i nie mogę mieć. A może powinienem po prostu rozpaść się, zniknąć, przestać zaburzać czas, rzeczywistość i innych ludźmi słowami bez wagi i znaczenia.Dla innych i tak jestem wart tylko tyle ile mogę im dać, nie wiedzą, ze nawet moja głębia ma swoje granice, za którymi jestem już tylko nagi i boleśnie bezbronny.W sumie ciężko się im dziwić, trudno jest przecież kochać cienie nieistniejących blasków.Stoję przed murem i całym sobą odczuwam jego nieprzekraczalność.Jest taka namacalna i dusząca.Wciska się między mnie a to w co wierzę i to czego pragnę.Im bardziej się do niego zbliżam tym dalej jestem od samego siebie.Niezależnie od tego co osiągnę i dokąd dotrę mój mur będzie stał i czekał na to, żeby pokazać mi raniącą obietnicę wolności, która nigdy nie nastąpi.Jest tak strasznie ciemno.Może lepiej byłoby gdyby kojąca Noc odurzona własnym mrocznym blaskiem zesłała mi w akcie szyderczej łaski swojego czarnoskrzydlego syna zamiast szaroskrzydłego i nudnego w codziennej powtarzalności Hypnosa.Może to dałoby mi wolność, w końcu i ostatecznie byłbym naprawdę sam, wiecznie już odporny na truciznę fałszywych obietnic bliskości.Może...
poniedziałek, 16 lipca 2007
Siła.
Jestem po to, aby dawać świadectwo.Po to, by dumną siłą niezłomnych przekonań rozbijać w pył lodowce słabości poskładane z nigdy niekończących się lęków i porażek.Jestem po to, żeby wyciągać naznaczoną liniami bolesnych doświadczeń dłoń do tych, którzy topią się do zatracenia w kałużach własnych fałszywych prawd.Istnieję, by delikatnym i niewidzialnym podmuchem wsparcia dodawać mocy i nadziei, tym których kocham-szczególnie wtedy, gdy na chwilę milkną i słabną zakrzyczani przez okrutne i karzące wyroki Losu. Jestem po to, żeby bronić siebie i mojego świata przed naporem mrocznych fal chaosu i zepsucia, po to by rodzić się na nowo po każdej z małych i nieważnych śmierci.Nie potrzeba mi serca ani gorącej krwi roznoszącej obietnice życia każdej zapomnianej i bezimiennej komórce mojego ciała.Wystarcza mi moja wiara i przeświadczenie, ze nieważne gdzie pójdę i dokąd dojdę to i tak będę centrum,osią i demiurgiem mojego wszechświata.Poszedłbym nawet po złote runo nicości, gdyby miało to być ratunkiem dla mojej wiary i dla tego co jest dla mnie ważne!Tak jestem egoistą!Mam w sobie tyle odwagi i egoizmu,ze wystarczyłoby na zbawienie całego tego mało idealnego świata i jego niedoskonałych ludzkich pomników.Spotkałem kiedyś Pana C.,szedł sztywno wyprostowany, oczy miał oszalałe od złudzeń i prawd niewyjawionych, tak że nawet nie zauważył cienia, którym niegdyś byłem.Ustami pełnymi wyszukanych fraz skradzionych wielkiemu Poecie opowiadał mi historię pięknego życia, które nigdy się nie wydarzyło.Cóż nie wiem czy umiem być wierny i iść.Ale na pewno potrafię iść i mieć w sobie Wiarę!Ciekawe, czy to wystarczy i czy zajdę dalej od niego
niedziela, 15 lipca 2007
Ona.
Jest jak morska bryza świeżości kojąca napiętą i postarzałą skórę tchnieniem łagodności i zrozumienia.Jest moją Muzą- źródłem uniesień, inspiracji i początkiem wiru w którym rodzą się niespokojne słowa, myśli i pragnienia.Jest srebrzystym głosem, który sprawia, że cała moja dusza delikatnie wibruje i zamienia się w rozmarzone podmuchy ulgi i zadowolenia.Jest oczami, w których iskry inteligencji tańczą z blaskami emocji w upajającym dla oniemiałego widza spektaklu.Jest burzą włosów, słodką zasłoną dla nieuporządkowanych myśli i doznań-uwielbiam być świadkiem ich narodzin.Nie ma nic przyjemniejszego niż bycie ojcem i akuszerem dla uczuć i myśli kogoś tak dla mnie ważnego.Jest oazą delikatności, spokoju i ciepła, z którego sama sobie chyba nawet nie zdaje sprawy.Jest potężnym oceanem, w którym topię codziennie tysiące moich myśli i uczuć, a i tak nie mogę go napełnić.Jest wyzwaniem i niespełnioną obietnicą, tym czego szukam całe swoje życie oczami duszy ślepej od tortur złych doświadczeń przeszłości. Kobieta pełna zniewalającego wdzięku i niewyjęczanych jeszcze dźwięków, posiadaczka bioder tak wyzywających, że nawet w ciszy można usłyszeć ich zachęcający szept.Cała jest jednym niewypowiedzianym pożądaniem, czasem mam wrażenie, że wystarczyłoby szepnąć jedno delikatne zaklęcie, żeby uwolnić jej ciało z tytanowych więzów umysłu.Jest przestrzenią dla nieskończonej liczby pragnień i marzeń, obaw i złudzeń, radości i smutków, od jakiegoś czasu jest dla mnie źródłem ruchu i poczucia, że bliskość to tak przerażająco i strasznie zniewalający stan. Jest dla mnie tak ważna, ze świadomość jej istnienia jest powodem do świętowania każdego kolejnego oddechu.Bywa tez moim katem, myślę, że ona nawet nie ma pojęcia jak mocno moje poszarzałe serce krwawi smutkiem i opuszczeniem, kiedy jej nie ma.Ostatnio wbiła pierwszy gwóźdź w krzyż mojego nienasycenia.Z bólem i smutkiem patrzyłem na pełzający u moich stóp ból.Syczał, wił się, szeptał o odwet, o obronę,o działanie, błysk, krzyk.Zmiażdżyłem mu głowę stopą mojej pokory,wiem, że gdybym słuchał jego podszeptów za każdym razem to na zawsze zostałbym sam z moimi ideami. Napiszę to, mimo iż tysiąc lęków w mojej umęczonej głowie krzyczy mi, że to mnie może zniszczyć.Kocham ją.Kocham ją, ale nigdy jej tego nie powiem,kto wie, może to całkiem niedługo- w końcu nigdy to tylko kilka chwil czasu sączących się przez filtr niepamiętania.Kocham ją,ale nie mogę być przy niej i to jest czarna dziura mojego Wszechświata wsysająca i niszcząca większość mojej energii.Kocham ją tak bardzo, że jestem na granicy odrzucenia jej i nas poza granice mojego odczuwania i rozumienia, poza mroczną barierę, gdzie będzie mi już wszystko jedno i gdzie umierają inni ludzie bez znaczenia.Czasem tak wspaniale jest być idealistą,ale bywa, że to tak strasznie,okropnie, traumatycznie boli. Jak dobrze, że ona o tym wszystkim nie ma pojęcia, kto wie co mogłaby poczuć i pomyśleć...
czwartek, 12 lipca 2007
Okruch prawdy.
Niech to szlag.Mam ochotę dzisiaj być tak perwersyjnie konkretny i mało metaforyczny.Wyjałowiły mnie doznania kilku ostatnich dni.Czuję się jak kamienna pustynia żalu i samotności torturowana przez brak deszczu jakiejkolwiek nadziei.Na dodatek moje własne sumienie zaciska mi na szyi pętlę poczucia winy.Postąpiłem nieetycznie i nie zapanowałem nad pewną sytuacją.Przyznam, że rzadko mi się to zdarza, a jeszcze rzadziej zdarza mi się postępować wbrew swoim zasadom.Mam pewien specyficzny kontrakt z rzeczywistością- bosymi stopami niewinności ufnie lewituję ponad rozżarzonymi węglami pokus za co w zamian otrzymuję bezcenny dar:mogę przebywać sam z sobą i w dalszym ciągu mieć wrażenie, ze to całkiem przyjemne towarzystwo.Niestety naruszyłem jeden z paragrafów kontraktu, pod wpływem emocji i napięcia wyślizgnąłem się na chwilę z objęć prawdy.Po raz pierwszy od niepamiętnego "kiedyś" poczułem jak to jest poczuć obrzydliwy smak błota fałszu i manipulacji.Rzygać mi się chce od smaku samego siebie,z drugiej strony kto wie może to jest moja szczepionka, mój drogowskaz, moje ostrzeżenie, strzał z bata ironicznie okrutnego Losu.Między jednym a drugim uderzeniem mogę przeczytać pisane alfabetem cierpienia syczące słowa:"Nie jest Ci dane być idealnym, bo na Olimpie jest już zbyt ciasno i bogowie bywają nerwowi, kiedy każdy nędzny i pyszałkowaty perfekcjonista stara się tam wepchnąć.Rozkazuję Ci więc popełniać błędy, żebyś smakował swojej ludzkiej,niedoskonałej Natury i żebyś miał świadomość własnych ograniczeń i słabości.Hm wyglądasz mi na sprytnego, więc ponadto regularnie będę Ci zsyłał Muzy, które będą mieszać Ci w głowie i sprawiać , żebyś nie miał zbyt wiele spokoju, no i żeby Ci cierpienia nie zabrakło nędzny ty pyszałkowaty mądralo" Dlaczego się tym z wami dziele?Dlatego, ze to nie ma znaczenia!Jesteście dla mnie jak oczy ślepe od migotliwego blasku moich słów.Mogę stanąć przed wami nagi, a i tak jedyne co możecie mi dać to mętne zwierciadło dla niespokojnych myśli.Jesteście jak głuchy widz czujący muzykę jedynie poprzez drgania powietrza na rozżalonej kalectwem innych zmysłów skórze.Pokazuję wam kwanty mojej intymności,ale to nie znaczy, ze ktokolwiek z was (nawet Ci, którzy tak myślą) są tak naprawdę bliżej zrozumienia fizyki mojego umysłu.Obserwujecie załamania emocji na siatce dyfrakcyjnej mojej wrażliwości, ale nikt nie umie poskładać tego w spójną teorie. Coz, może kiedy spotkam mojego Maxa Plancka, który będzie nie tyle wiedział, co będzie CZUŁ, że wystarczy w mianowniku odjąć 1 , żeby wszystko zaczęło mieć sens. Haha bawi mnie hermetyczność tej metafory, powiedzmy, ze to mój specyficzny rodzaj intelektualnej zemsty na świecie i jego wytworach.To co czuję staje się aksjomatem mojego Wszechświata!Taka jest dzisiaj moja prawda i pewnik czy komuś się to podoba czy nie.
wtorek, 10 lipca 2007
Zmęczenie.
Ramiona mam tak strasznie ciężkie. Bolą mnie potwornie brakiem lekkości zagubionej między pełzającymi powoli i z wysiłkiem chwilami odrzucenia.Umęczony kark niemym krzykiem umęczonych mięśni blaga o litość głowę ciężką od balastu 29 lat gęstych od cierpienia rozmyślań.Opadające na klawiaturę z fatalistyczną siłą palce krwawią jęczącymi i żebrzącymi o łyk wolności frazami.Siwe i postarzałe od chorobliwej intensywności doznania tłoczą się w kolejce, żeby wyrwać swoją cząstkę z gorącego chwilami jeszcze serca.Każda myśl, każda idea, każde wspomnienie wyryte w potężnym głazie mojej pamięci rozpadają się w pył zapomnienia i zaprzeczenia pod dotykiem mojego smutku.Smutek to taka znajoma bestia - jest ze mną od pierwszego oddechu i zawsze mogę na niego liczyć.Szczerze mówiąc smutek to najwierniejszy przyjaciel jaki mi towarzyszy- chyba nawet trochę go kocham, jest taki lojalny i tak naprawdę to on jeden nigdy mnie nie opuścił. W akcie bezinteresownej dobroci przykrywa wszystko swoimi ciemnymi skrzydłami, tężeje w szczelinach niepewności,wyrasta stalaktytami w grotach nieukojonych pragnień.Czasem zaklina fragmenty duszy w dziwadełka płynnego cierpienia zmieniające cały mój świat w kilka czekających na narodzenie łez.Nie chce mi się już pisać, nie czuje dzisiaj oddechu Minerwy na karku,chyba nawet ona ode mnie odeszła. Och dlaczego jestem taki zmęczony i dlaczego tak strasznie i boleśnie wszystko mi jedno.
piątek, 6 lipca 2007
Drobna perwersja.
Z głębin mojego zadowolenia unosi sie słodki dym rozkosznie rozmarzonych pragnień.Spalam je w sobie powoli,z natarczywym skupieniem, wciskając się namiętnie i bezczelnie pomiędzy jedną a drugą smugę świetliście łaskoczącej przyjemności. Pożądliwym językiem wyobrażeń zlizuję z gęstych jak prysznicowa para wizji smak zalewającej mnie rozkoszy.Pozwalam ślepej skórze drżeć w niespokojnym i zdziczałym rytmie narastającego we mnie wiru fascynacji.Poddaję się pieszczącym strumieniom dreszczy spływającym od karku aż do pięt.Czuję jak zmywają ze mnie resztki nieczucia i nieoddania. Ulegam sam sobie w szalonym i egoistycznym akcie eksplozji żądz i chęci, rozgrzeszam się modlitwą pragnień z wszelkich barier i zahamowań. Czuję odwieczną melodię potrzeb skrytych w grocie niemych zapachów, czuję jak bezładna ściana doznań zbliża się do mnie-pofalowana i tak niewinnie prawdziwa w swojej pierwotności. Pozwalam, jęczę i błagam, żeby uderzyła we mnie! Mocno, głęboko, aż do zapomnienia w białej pianie ekstazy! Niech wdziera się we mnie, drąży, niepokoi, zatraca. Niech dotknie miejsca, gdzie zaczyna się oddech, niech pozaklina fruwające wewnątrz ścian ciała motyle w bursztynowe pomniki pożądania. Och porwij mnie falo, uduś, spraw , żeby oddech stał się banalnym wspomnieniem...
Okropnie wspaniale jest być czasem starym, samotnym i perwersyjnym technokrata.
Okropnie wspaniale jest być czasem starym, samotnym i perwersyjnym technokrata.
poniedziałek, 2 lipca 2007
Chmura.
Chmura niepewności rzuca cień lęku na wzburzony ocean moich przeżyć. Ostre jak krawędź niechęci smugi wzburzonego nadzieją światła załamują się na krawędziach fal mętnych i mrocznych myśli.Rekinie płetwy wątpliwości tną na setki małych akwenów taflę poruszonego spokoju.W odmętach pragnień nieukojonych topię każdą z nadchodzących chwil. Szukam dla nich chłodu i mroku bezdennego nieczucia i niecierpienia. Niech spoczną w głębinach wraz z wrakami tego o co niegdyś walczyłem i czego kiedyś pożądałem. Ostatecznie są tak samo martwe i unicestwione przez truciznę niespełnienia. Im bardziej chmury nie ma, tym więcej jej jest, tak jakby rodziła się sama z siebie w pierwotnym i niezrozumiałym akcie kreacji i zanikania. Wypełnia cały mój świat, nic nie może się przed nią obronić, bo to ona staje się wszystkim. Wybucha nowym wyznaniem w gęstej jak gwiazda neutronowa przestrzeni mojej wiary. Zsyła na mnie wysuszający zwątpieniem deszcz niemej modlitwy do głuchego i zapomnianego boga. Patrzę w głąb siebie gęstymi od mgły samotności oczami prawdy i wiem, ze ratunek to słowo, które umarło na długo przed pogrzebem mojego świata. Stanę się więc częścią chmury. Chłodna, gęsta i wypełniająca od i do wewnątrz niedotykalność to idealne miejsce, żeby odrzucić wszystko i wszystkich i samemu poddać się odrzuceniu. Czego więcej wymagać od chmury?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)