Dziwadełka to specyficzny stan materii składającej się z samych kwarków i wymykającej się wszelkim prawom klasycznej fizyki. Blog, który miał być zwykłym zapisem moich myśli z czasem stal się właśnie takim dziwadełkiem,czymś co wymyka się konwencji poezji i prozy. Jedna cząstka dziwadełka może przemienić cały Wszechświat na swoje podobieństwo. Jedno słowo zamienia kolejne w nigdy nieustającą rzekę myśli.
piątek, 29 czerwca 2007
Droga (niedokończone)
Poruszam się stąpając po trzaskach płonących we mnie idei. Moje oczy dymią zwęglonymi słabościami, z ust leje się czarnym strumieniem popiół ulotnych słów. Bazaltowe ślepe dłonie szepczą z wiatrem zmian w nigdy nie rozpoczętym dialogu. Rozchybotane kolumny nóg przekraczają każdym ruchem widnokrąg ciała, stopy jak tępy młot wbijają chwile w grząski grunt rzeczywistości. Jestem rozpostarty na całej szerokości mojej Drogi, między niebem upadku a piekłem zbawienia. Moja skóra jest jak powłoka doznań, bolesnymi kroplami bezkarne niebo wybija na niej rytm porażek. Powierzchnia Drogi wybrukowana jest sypkim i gęstym pyłem z ciał ludzi, których musiałem zabić. Próbowali zatruć mnie swoimi słabościami, rozsiewali zarazę niespełnionych obietnic i zbyt lekko rzucanych słów. Ukrzyżowałem każde z tych żałośnie nieidealnych istnień na krzyżu mojej pogardy dobijając włócznią odrzucenia. Niektórzy czasem jęczą wyschniętymi z obcości ustami, ale ja nie mam nawet octu litości, żeby ich napoić. Bywa, że na mojej Drodze wyrasta kolczasty i niebezpieczny kwiat miłości. Rzucam się na niego kalecząc duszę do krwi, chłepcę z niego z żebraczą chciwością, aż cały jestem wypełniony ulotnym oddaniem. Później pełzam po mojej Drodze jak Wąż, który był świadkiem Grzechu i nie mogę wstać zdeptany zbyt gorzką słodyczą nektaru. A na koniec krzyżuję sam siebie. Wbijam gwoździe goryczy i rozżalenia, wale młotem rozpaczy i cynizmu, aż drzazgi cierpienia wkłują się w każdą komórkę winnego ciała.(...)
poniedziałek, 25 czerwca 2007
Tęknota.
Żegluję tratwą rozmyślań po oceanie wspomnień wciągany przez przypływ tęsknoty. Tęsknię za burzą gęstych jasnych włosów szepczących do mojej skory tysiącami łaskoczących strun. Tęsknię za pełnymi ustami, których dotknięcie zamieniało mnie w błyskawicę oddania i namiętności. Tęsknię za delikatnymi dłońmi kryjącymi w sobie obietnice niewyobrażalnych rozkoszy. Tęsknie za biodrami-najlepszym i najszczerszym przyjacielem moich lędźwi, szepczącym w rytm uwspólnionej ekstazy. Tęsknię za smakiem miejsca gdzie zaczyna się oddech, za biciem serca wtórującego bliskości moich dłoni i ust. Tęsknię za pośladkami miękkimi i delikatnymi, aż do zdziwienia niezgrabnie zawłaszczających dłoni. Tęsknię za smakiem skóry rozlewającym się w ustach zniewalającym spazmem słodyczy. Tęsknię za ciemnymi oczami wypełnionymi oddaniem i pożądaniem płonącym tak mocno ze trzeba je gasić pocałunkami nawet przez zamknięte powieki. Tęsknie za zapachem tak mocnym i intensywnym, ze zagłuszał wszystkie moje lęki i zahamowania. Tęsknię za ruchem. Mocnym, pełnym, sycącym głębię narastających potrzeb. Ruchem, który jest pierwotny taniec, jak rozmowa dwóch ciał, jak przejaw najdoskonalszego zrozumienia.Za ruchem, w którym idealnie wypełniał się Jej i mój czas, w tym samym momencie, punkcie, chwili i uścisku. Tęsknie za jednością w krzyku i drżeniu, za harmonią dreszczy i kropel potu spływających po szczęśliwie umęczonych ciałach... Oto most wspomnień nad rzeką Czasu. Dzisiaj, teraz, tego wieczoru skaczę z niego w samobójczym geście poddania się przeszłości. Mam do tego prawo. W końcu niezależnie od tego kim jestem i jak żyję to jednak zasłużyłem na moje wspomnienia.
Bezsenność.
Miliardy myśli uderzają w mój bezbronny umysł, zostawiając palące kratery niepewności. Ciało buntuje się walka przeciw jakiejkolwiek stałości, każdą chwila jest recepta na ruch, zmianę, poruszenie się. Oczy wpatrują się w nieistniejące obrazy, słuch zadziwiony niezwykła pora wzmacnia każdy szelest, każdy szept aż do granic wewnętrznego krzyku. Usta schną od braku nawilżającego spokoju, żołądek wypełniony kamieniami zasysa przejawy jakiejkolwiek ulgi. Niech to wszystko szlag, nie będę spal. Czas wziąć się za mordę, postawić na baczność i odhaczyć kolejny krzyżyk w kalendarzu mojego świata. Pomimo tego i wbrew temu, ze jestem taki zmęczony i bez Wiary. Czym byłaby moja siła, gdybym ulegał ciężarom zdarzeń?
środa, 20 czerwca 2007
Ukojenie (bolesne pożegnanie).
Widzę je często. Zamknięte w czterech ścianach samotności, wsłuchujące się z głuchą nadzieją w nigdy niewyszeptane czułe słowa. Zagubione w krótkiej pauzie między przypływem przygnębienia a burzą strachu. Z oczami niewinnymi i czystymi od setek rzek niewypłakanych łez. Poskładane z braków, cierpień, i niezaspokojonych, rozrywających boleśnie duszę tęsknot. Z marzeniami tak nikłymi, że można je ukryć w każdej pojedynczej i przepastnej sekundzie niespełnienia. Ze skórą lepką od wilgoci kłamstw unoszących się codziennie pod nieboskłonem sufitu. Naznaczone przerażającym piętnem niewypowiedzianych słów, nie mogących powstać nawet tam gdzie ostra jak błyskawica prawda uderza czasem o mroczną ścianę rzeczywistości. Poutykane pomiędzy jednym kieliszkiem a drugim, niepotrzebne i zbędne tak samo jak niepotrzebne i zbędne było to co nie służyło piekącej gardło bogini. Z umysłem coraz bardziej ślepym od sączącej się z najbliższych ust trucizny, z wnętrzem zastygającym w twardy i mocny jak granit wstyd. Z pamięcią nasączoną bólem znienawidzonych wspomnień psujących rzadkie i płochliwe chwile spokoju. Tak mało ważne dla najważniejszych i tak bardzo spragnione tego czego nie mogą mu dać upadli niewolnicy własnych słabości. Skazane przez okrutnego reżysera na odgrywanie ról w kostiumie, który ma rękawy o 20 lat za krótkie. Czujne jak małe zwierzę, wielokrotnie ukarane za śmiertelny grzech nadmiernej ufności. Z wewnętrznym światem zaklętym w fałszywą oazę chwilowego ratunku, i wrażliwością tak wielką, że można w niej utopić wszystkie cierpienia tego świata i nadal nie będzie widać dna.
Wiedz, że patrzę na Ciebie spod przymrużonych bladym światłem monitora powiek i wiedz, ze jestem tutaj aby dać Ci spokój i ukojenie. Nie mam daru dotyku ani nie umiem zakląć ukrytego we mnie żaru w ciepłe spojrzenie ani w szczodry gest przyjaźni. Dam Ci w zamian coś innego. Coś, co jest moją mocą i moją drogą, moim sposobem na przetrwanie, walkę i zwycięstwo- nawet między jedną klęską a drugą. Daję Ci moją gorącą Wiarę w to, że nasze cierpienie, nasze Piekło, nasza gehenna, nasze rozciągnięte na strunie czasu męki są, były i będą źródłem nieustającej siły i mocy. Zostaliśmy wybrani przez ślepy Los do tego aby znieść więcej i doświadczyć więcej. Przetrwaliśmy mimo, ze dźwigaliśmy nieskończenie ciężki i postawiony na głowie świat. Mamy siłę tak wielką, że nie wysuszyły jej piekielnie mocne podmuchy pustki z najukochańszych serc. Poczuj więc tę silę! Pozwól jej płynąć, zagrzewać, przezwyciężać i zdobywać. Stań się zaprzeczeniem fałszywego planu, który przygotował nam Los! Uwolnij się.
To jest moje przesłanie, weź z niego ile zechcesz, a resztę odrzuć. W końcu masz prawo wybierać!
Wiedz, że patrzę na Ciebie spod przymrużonych bladym światłem monitora powiek i wiedz, ze jestem tutaj aby dać Ci spokój i ukojenie. Nie mam daru dotyku ani nie umiem zakląć ukrytego we mnie żaru w ciepłe spojrzenie ani w szczodry gest przyjaźni. Dam Ci w zamian coś innego. Coś, co jest moją mocą i moją drogą, moim sposobem na przetrwanie, walkę i zwycięstwo- nawet między jedną klęską a drugą. Daję Ci moją gorącą Wiarę w to, że nasze cierpienie, nasze Piekło, nasza gehenna, nasze rozciągnięte na strunie czasu męki są, były i będą źródłem nieustającej siły i mocy. Zostaliśmy wybrani przez ślepy Los do tego aby znieść więcej i doświadczyć więcej. Przetrwaliśmy mimo, ze dźwigaliśmy nieskończenie ciężki i postawiony na głowie świat. Mamy siłę tak wielką, że nie wysuszyły jej piekielnie mocne podmuchy pustki z najukochańszych serc. Poczuj więc tę silę! Pozwól jej płynąć, zagrzewać, przezwyciężać i zdobywać. Stań się zaprzeczeniem fałszywego planu, który przygotował nam Los! Uwolnij się.
To jest moje przesłanie, weź z niego ile zechcesz, a resztę odrzuć. W końcu masz prawo wybierać!
niedziela, 17 czerwca 2007
Chwila
Ciemne poskręcane ścieżki strachu prowadza mnie do jaskini opuszczenia.Ściany płaczą krwistymi łzami żalu, piasek martwych marzeń kłuje wybuchami bolesnych wspomnień. Pustka zaklęta w śliski dotyk niepewności obmacuje moja skórę z obrzydliwą lubieżnością. Nie umiem się oprzeć chorobliwemu podnieceniu. Umysł opętany, szalejący w ciasnej klatce już nawet nie słów, ale pojedynczych liter-bezładny, nieuporządkowany, chaotyczny. Syczące sylaby tortur na raty wciskające się między szare komórki."N" - nigdy,nikomu,niczego,nic, niespełnienie, niebyt, nienawiść, nierealność, niszczyć. "Z" - zawód,zawiść, zazdrość, zmęczenie, zaduch, zastój, zator. "P" pustka, poddać się, polec, przestać, paść, przekleństwo. Absurdalna i zupełnie irracjonalna wieża Babel słów obcych i całkiem bliskich w porażonej własnymi złudzeniami głowie. A co ja na to? Wsparty na ramieniu zdrowego rozsądku z niemym zachwytem patrzę na niezmierzone pole własnej wrażliwości. Każda chwila, każda sekunda, każde uderzenie serca wypełnia mnie nieskończenie bogatymi doznaniami. Bredzę? Co wy tam wiecie...
sobota, 16 czerwca 2007
Łaska.
Pijaku wstrętnie obrzydliwy z oczami pustymi od nicości nierzeczywistych uniesień. Pełen doznań powykrzywianych i słabych jak Twoje wychudzone kończyny, wspomnień wulgarnych i nieprawdziwych jak cały ciąg cierpień zwanych przyszłością. Wyśmiewany codziennie miliardami spojrzeń mijających Cię ludzi, tak bardzo wywyższonych na cokoły ich niby bardziej idealnych światów. Spętany mocnym łańcuchem upodlenia zaciskającego się na Twojej szyi, każdego dnia trochę mocniej i bardziej-aż stanie się cienka jak szyja ukochanej butelki. Chłostany bezustannie przez boga Trzeźwości gnębiącym trzaskiem łamanego kacem dnia. Trwający w Piekle oszustw i samotności, palony płomieniami, które tylko biały płyn jest w stanie ugasić. Podnieś głowę chybotliwą od cierpień, których świadomość masz tylko Ty i spójrz mi w oczy. Głęboko, mocno, aż do źródeł bram świata. Spójrz w lustra mojego zrozumienia i poczuj, ze Cię widzę, doświadczam, rozumiem. Poczuj, ze stoisz przede mną nagi w swojej nigdy do końca niezniszczonej niewinności i Nigdy, NIGDY nie zapominaj, ze też jesteś ukochanym dzieckiem tego świata. Twój upadek jest tak samo nieskończenie ważny jak ich sukcesy, Twoje upodlenie ma miarę tak samo wielką jak ich wzruszenia i radości a Twoja śmierć będzie tak samo pusta i bezsensowna jak ich śmierci. Wstrętny, obrzydliwy pijaku daję Ci Dar Wiary i Zrozumienia. Nakarm się nim czasem miedzy jednym kieliszkiem a drugim...
piątek, 15 czerwca 2007
Lód.
Płonę zimnym ogniem rozlewającym się po bolesnej pustce mojego ciała. Wypełniam się mroźnymi podmuchami śmiejącego się ze mnie świata. Krystalicznie lodowate i parząco zimne myśli zostawiają w umyśle białą i oślepiającą jak włócznia światła ścieżkę. Niedobrze mi od kryształów lodu przerastających całe moje ciało. Wymrażają się naiwne przekonania i idealistyczne wizje. Zamierają wiry niespokojne uciszone i pogodzone przez ścinający wszystko lód. Nikną cienie płomieni niedopalonych, energia bezczelnie wyzwolona bez przyzwolenia. Tak trzeba, tak jest lepiej, tak jest lżej, tak zostało postanowione i ustalone. W końcu lodołamacz bez lodu to tylko bezużyteczna i niepotrzebna zabawka. Z czego się śmiejecie? Nawet was nie widzę i nie słyszę przez gładki i potężny lodowiec mojej nowej wiary.
czwartek, 14 czerwca 2007
Lęk.
Duszę się z niespełnienia i przygaszającego niczym ciemna chmura lęku. Czasem kiedy bardzo się boję to wydaje mi się, że przestrzeń zaczyna się kurczyć, malec, zakrzywiać w miażdżącym błagające o wolność płuca uścisku. Zaczyna przytłaczać mnie obraźliwie piękna aura czerwcowego wieczoru, wspomnienia wykrzykują smutnym zgrzytem litanię prawd i świadectw przeszłości nie tak jeszcze bardzo martwych. Zdania rozciągają się w nieskończoność, słowa wracają pustym echem bez żadnego znaczenia. Lęk jest jak idealnie gęsta pustka, im jest go więcej, tym zimniejszy się staję, wytłumia się we mnie jakakolwiek energia, zanikają umysł, wola i świadomość. Lęk to naprawdę mała śmierć i wielkie unicestwienie, złudna droga w jedną stronę i wielki Pogromca. Tylko moja wiara umie stawić czoła lękowi! Nie jakaś tam letnia wiara w byty mniej lub bardziej boskie, ale gorąca świadomym samoocaleniem wiara w celowość, sens i wartość mojego istnienia. Wiara w to, że nieważne co by się stało, lęk nie jest moim końcem i moim przeznaczeniem, że jest epizodem, który powraca nieskończoną ilość razy, ale ze skończoną mocą. Dlatego wiem, że nie poddam i nie oddam się lękowi, ze kiedy minie cała noc chwil od zmrużenia do otwarcia oczu - to obudzę się na nowo niczym ludzki Feniks z ciemnych płomieni i niewidzialnego popiołu.
Technokrata.
Myślicie, ze jestem łagodnym wrażliwcem czytującym poezje do poduszki i kontemplującym przy cichym akompaniamencie płonących myśli wdzięki kobiecego piękna?Nawet jeśli czasem tak bywa, to moja refleksyjność kończy sie tam gdzie kończy sie mój własny świat.Widzicie tak naprawdę tylko jeden wymiar bardziej skomplikowanej konstrukcji, jedna stronę medalu, księżyc od jasnej, ale nie jedynej strony.Kiedy muszę zderzyć się z czymś spoza mnie,spoza mojej osobistej i prywatnej quasi arkadii to w jednej gwałtownej chwili muzy zanikają, giną wibracje, wyszukane frazy, wrażliwość i intelektualne poszukiwania.Staję nagle przed lustrem, po którego drugiej stronie stoi ktoś inny,groźny, nieporównanie mocniejszy siłą własnej dumy, niezależności i egoizmu,poszukiwacz rozwiązań skutecznych czasem aż do czyjego bólu, cynik idealny, wyznawca i wspólnik rozumu, skuteczności,siły i wiary w postęp oraz sukces.Makiaweliczny analityk ludzkich potrzeb,słabości, dążeń i motywów, szukający słabych punktów dla szponów rozumu.Studnia pomysłów mrocznych,ostrych jak brzytwa i tnących bezlitośnie zaszczepione w głębi serca zasady.Dla niego wszystko jest proste, policzalne, mierzalne. Nie ma w nim cierpliwości dla mniej błyskotliwych, wolniejszych, nieuporządkowanych i przegrywających. Patrzy na ludzi i doznania jak na strumienie danych, przetwarza je i wypluwa kiedy już są niepotrzebne. Jest pełen nieskrywanej nawet niechęci dla niedoskonałości, upadków , błędów, wszystkiego, co burzy technokratyczną wizję idealnie uporządkowanego i skoncentrowanego na rozwoju świata. Jest wypełniony i przemrożony kalkulacjami, alternatywami, scenariuszami, wizjami przyszłych zdarzeń. Prawdziwy blok mentalnego suchego lodu, mistrz ostrej i gorzkiej ironii celnej aż do bólu niechcianej prawdy. Sarkastyczny wizjoner świadomy własnej siły i wpływu na świat i innych. Ciesze się strasznie, ze ostatnio dosyć rzadko go spotykam .A jeszcze bardzie się cieszę, że rzadko tu zagląda. Może ma na coś uczulenie...
wtorek, 12 czerwca 2007
Pokora.
Oniemiałem. Zastygłem w pierwotnym zachwycie. Padam na kolana i pochylam z oddaniem głowę. Odkładam na bok dumę, hardość i odwagę. Zostałem pokonany bez walki i bez przemocy. Uwrażliwiony w jednej milisekundzie przez reakcję miliardów neuronów zamieniam się w szept zaskoczonego ciała. Rozpadam się w pył zachwytu,lęku i pokory rozdmuchiwany przez powiewy pożądania i ekscytacji. Zdumione oczy kajają się wilgocią za nadmierną odwagę, palce przeklinają się wzajemnie za ulegnięcie pokusie. Przeegzaltowane?A może to po prostu właściwa reakcja na piękno?
Głód.
Głód jest powiązany z brakiem. Jest napięciem, polem i przestrzenią doznań miedzy natarczywą i bolesną potrzebą a zaspokajającą obecnością i istnieniem. Głod woła o ulgę, o darowanie kary wymierzonej w postaci nieznośnych chwil braku i niespełnienia. Krzyczy o ratunek w zdezorientowanym umyśle, odbija się echem w pulsującym gorącą krwią sercu, przebiega bezszelestnym drżeniem po rozgrzanej gorącym słońcem skórze. Bywają głody, które jak czarna dziura zatrzymują czas i zmieniają całą strukturę świata. Miażdżą emocje, wartości, zasady i więzi. Zamieniają nieskończone źródła ludzkiej dumy i godności w mililitry fałszywie cudownego płynu w strzykawce lub w wachlarz złudzeń powstających na krawędzi załamującej światło butelki. Te głody zostawiam ślepym umysłom nieszczęśników i modlę się moim bliźniaczym i pełnym ateistycznej wiary sercem o zbawienie ich człowieczeństwa. Bywają głody, których świadomość tymczasowości wzmaga oczekiwanie na pożądliwe spełnienie. Wirują sobie w przestrzeni posplatanych "bytów", zmieniają swoje kolory, natężenie i nagle eksplodują ekstazą nasycenia, gdy ich czas radośnie się dopełnia. Są też głody oczekiwania na coś co jeszcze nie zaistniało, głody "kreacji" i "tworzenia". Tworzą się z fluktuacji złudzeń, marzeń, wyobrażeń. Karmią się gestami, domysłami, cichą nadzieją i ukrytymi aż do granic intymności potrzebami. Głody są najmocniej odczuwalne w chwilach samotności, wpadają z nią w rezonans, wzmacniają się, wypełniają ciało i umysł mocniej i pełniej. Dlatego właśnie Głód najpełniej i najmocniej woła we mnie w chwili samotności, a że ciągle jestem samotny to nieustannie pełen jestem bolesnego krzyku. Nieskończenie wiele jest rożnych głodów, a ja stworzyłem zasłonę z tylu słów. Smutnie radosna prawda jest taka, że jedyne czego dzisiaj jestem głodny to eliksir z osobistej apteczki pewnej niebezpiecznie urokliwej Wiedzmy...
poniedziałek, 11 czerwca 2007
Brak.
Potwornie boli mnie głowa. Zwolennicy teorii psychosomatycznych od razu zapewne domyślą się o co chodzi, zwolennicy teorii innych (lub żadnych) zapewne nie, zresztą to nieistotne, ważne ze ja rozumiem, wiem i w pełni siebie doświadczam. Ciekawe jest to jak zmienia się optyka mojego pisania, jak zaczynam powoli, pomału,skrycie, krok po kroku, z lekką (bardziej dla zasady chyba) niezgodą i oporem napełniać się energią, która jest nie tylko moja. Fakt istnienia we mnie energii spoza mojego wszechświata implikuje bardzo poważne konsekwencje, między innymi taką, że mój egocentryzm i egotyzm ustąpić "muszą" otwarciu na niekoniecznie łatwe sytuacje i doznania, ze pojawiają się emocje aksamitne i miękkie jak szepty nocy nadciągającej w czerwcowy wieczór i ogólnie dochodzi do reengineeringu wielu poważnych procesów życiowych, z siła krążenia i ukrwieniem najważniejszych części ciała (z mózgiem na czele ) włącznie;> Czuję dzisiaj brak, czuje, że brakuje mi tego co mam i jeszcze bardziej tego czego nie mam. Czuje, ze coś jest niedopełnione, coś nie przebiega tak jak powinno, cos zostało zaburzone i woła ze smutna pretensją o powrót do świeżo stworzonego porządku. Brak jest atrybutem bliźniaczym dla ważności. Ważność jest tym co przesadza o wadze braku, jego kształcie oraz cierpieniu i niedosycie jakie wywołuje. Im bardziej brak jest ważny tym bardziej jest odczuwalny, im bardziej jest odczuwalny tym bardziej boli. Powiem wam, ze godzę się z brakiem z pokora , bo wiem, ze jest ceną za to, ze coś może być dla mnie ważne, istotne, godne wysiłku, walki i płomieni w niespokojnym umyśle. Niech brak mnie dzisiaj wypełni całkowicie i dogłębnie tak mocno i prawdziwie, żebym mógł być jeszcze bardziej wdzięczny pewnemu bytowi, za to ze potrafi, może i chce go nasycić. Cholerna głowa, ciężko mi zebrać myśli...
niedziela, 10 czerwca 2007
Wir.
Wir wsysa mnie w swój fatalny taniec. Wir z mglistych wyobrażeń, emocji wychwytywanych w skaczących sylabach szeptanych palcami zdań. Wir z własnych potrzeb, oczekiwań, pragnień i złudzeń. Wirują obrazy prawdziwe w przeszłości rzeźbiące w moich emocjach z mocą i ogniem teraźniejszości. Wiruje zdrowy rozsadek z dzika siła oderwany od rozumu ogłuszonego miriadami refleksów i odblasków szalejących myśli. Kręcą się słodkie wizje i marzenia, prawdy mniej lub bardziej prawdziwe, sztywne z natury zasady oburzone nagłym ruchem i chaosem. Obracają się słowa mniej lub bardzie dobrane, codzienne wydarzenia rozmyte przez rotację, rozmazane i pozbawione swojej ważności. Wiem dobrze po co mi wir i wiem dobrze, ze sam go tworzę. Wiem, ze jeden karcący ruch, jeden gest, jeden akt starej, dobrej, niezłomnej i niezawodnej woli może wszystko zatrzymać końcu zatrzymałem kiedyś cały swój roztrzaskany świat, żeby narodzić się na nowo, czym jest wiec dla mnie jeden, nawet bardzo szybki wir? Tylko coś we mnie mówi mi, ze jeszcze trochę, jeszcze raz, do zawrotu głowy, do nieukojenia, przemieszania myśli i uczuć. Nieważne czy naprawdę czy tylko poprzez zamknięte oczy pod niebem złudzeń. Jeszcze tylko troszeczkę, odrobinę, chwilę...Bez żadnych podstaw, dowodów, możliwości, bez żadnych obietnic, po prostu- pozwól się kręcić...Dobrze, więc kręć się wirze tu i teraz, bo jesteś częścią mnie i moich doświadczeń, mną w ruchu i poszukiwaniu. Nie odbiorę ci wirze mocy i energii tak długo jak będziesz miał dla kogo się kręcić.
sobota, 9 czerwca 2007
Bunt.
Nie ma we mnie zgody na bezmyślność, demagogie i populizm. Nie zgadzam się na szerzenie głupoty, nienawiści, zaślepienia i obłudy. Nie zgadzam się na hipokryzję, brak zrozumienia, płytkie i powierzchowne oceny oraz brak samokrytycyzmu lub autorefleksji. Nie akceptuję ranienia ludzi, ot tak bez powodu, wtrącania się w życie innych, agresywnej dominacji i emocjonalnej brutalności. Nie chcę widzieć jak ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać, jak ranią się okrutnymi aż do bólu słowami. Nie chcę widzieć dorosłych, poranionych dzieci próbujących walczyć ze światem, który wcale nie jest ich przeciwnikiem. Nie akceptuje niewolników pojedynczych idei, konformistów, donosicieli, spiskowców, nielojalnych zdrajców i oszustów. Nie chce widzieć przemocy, ćpunów na dworcu i pijaków na skwerach. Nie potrzebuję świadomości zdrad, nieszczerości, manipulacji, wykorzystywania, ośmieszania, wyszydzania. Jakiś niedopasowany socjopata chyba ze mnie...
czwartek, 7 czerwca 2007
Podziękowanie.
Przyjaźń to wspaniale uskrzydlające uczucie:)Przyjaźń jest jak doping bez skutków ubocznych, jak nektar po którym świat wydaje się piękniejszy, jak gorzała bez kaca,seks bez wyrzutów sumienia i wygrana na loterii bez podatku;) Przyjaźń jest esencja wartości dodanej, premią za zaufanie i bliskość, nagrodą za odsłonięcie się przed druga osoba:)Dziękuje Ci za Twoje złote loki nieodparcie wywołujące u mnie napady braterskiej czułości, za niewinne spojrzenie błękitnych oczu i za zrozumienie, które jest najcenniejsza chyba wartością relacjach międzyludzkich.Zresztą nie musisz nawet tego czytać i tak wiesz, ze jestem wdzięczny za Twoje istnienie aż do granic wzruszenia
Dystymia
Na czym polega odwaga i umiejętność radzenia sobie w życiu? Czy odwaga jest tylko specyficzna ideą nie istniejąca bez swojego anty bytu w postaci lęku, czy też może być fundamentem, na którym da sie budować, tworzyć, rozwijać? Czy egzystencjalna odwaga może być brakiem trwogi w odniesieniu do świata, boga, wartości (i w co kto tam wierzy), czy może byc swego rodzajem buntem przeciwko samotności, ekspresją żądzy życia, zaprzeczeniem pesymizmu i tej cholernej pustki która wypełnia świat i czyni go tak cholernie dusznym? Co jest a co nie jest radzeniem sobie ze sobą i z życiem? Czy jeśli mi jest smutno (dystymia to właśnie obniżenie nastroju, tyle ze trwające dość długo, ja go używam zamiennie dla określenia co bardziej natarczywego smutku) to poradzenie sobie ze smutkiem oznacza jego wyparcie, czy tez wręcz przeciwnie przeżycie, zagłębienie się ,smakowanie samego siebie aż do dna duszy, aż do oczyszczenia, do katharsis pozwalającego na pełniejszy związek ze światem i umocnienie własnej integralności. A może radzenie sobie to po prostu odpowiednie wartościowanie informacji dochodzących do mózgu z zewnątrz, to narzucanie kagańca na pierwotne reakcje objawiające się w postaci emocji. "Rzeczy nie są straszne same w sobie, ale przez to, ze nadajemy im atrybut straszności" mała parafraza jednego ze stoików, zabawne, ze ich teorie są ciągle tak prawdziwe i tak niebezpiecznie kuszące.Coz niestety matka Natura nie dala mi daru w postaci skłonności do przewlekłego cynizmu i zobojętnienia. Umiem wygłaszać cyniczne sady, ale nie czuć nie potrafię:) W sumie jakie to ma znaczenie?Czy dla lodołamacza jest istotne, ze jego kapitan jest smutny? Po prostu kruszy lód, bo taka jest jego istota. Chwilowe emocje mogą na chwile obniżyć mi poziom mocy, ale nie są w stanie zmienić moich przekonań i wiary w przyszłość!
wtorek, 5 czerwca 2007
Złość.
Złość rozlewa się we mnie niczym ciemna gęsta chmura, jaskrawo ciemnymi wyładowaniami nasyca komórki, napina mięśnie, pobudza układ sympatyczny, wirującym strumieniem wpompowuje krew w nagle rozbudzone ciało. Och lubiliśmy się kiedyś złościć, czuliśmy tę moc, potęgę, tę wyższość, te pierwotna zwierzęca sile płynąca z sumie banalnego faktu uwolnienia neurohormonów w szczelinach synaptycznych. Wówczas złość była jak nieokiełznany rumak, Pegaz bez Bellerofonta, jak chwilowe przeznaczenie, od którego nie było ucieczki. Chichotała w ostrych, raniących słowach, wbijała się fałszywie bezszelestnym, bolesnym brakiem szacunku w ludzkie słabości, trzeszczała do spółki z suchym trzaskiem w rozbijanych szczękach, łamanych nosach, karmiła się przerażonymi spojrzeniami. Och umiałem szybować na skrzydłach gniewu, unosić się na falach hipomaniakalnych złudzeń po to, żeby kończyć w parszywym piekle pijackiego poczucia winy, obrzydzenia samym sobą i przerażenia, ze człowieczeństwo można gdzieś zgubić na zawsze. Cóż, to było kiedyś. Teraz złość jest dla mnie jak uporządkowany ruch cząsteczek (prąd dla cyborga chciałoby się powiedzieć;)), jest jak rezerwuar nieskończonej energii, z której mogę czerpać, po to żeby realizować swoje wartości, po to żeby żyć pełniej, lepiej i bardziej w zgodzie z samym sobą. Paradoks? Niekoniecznie, ślepe siły są użyteczne kiedy uwalnia je sprawna i zdecydowana ręka. Mało skromne? Może...
niedziela, 3 czerwca 2007
Procesy.
Fascynująca bywa świadomość i poczucie zmian zachodzacych w sferze mojego wlasnego, odrebnego od otaczającej rzeczywistości wszechświata. Procesy plyna, zmieniaja sie, przenikaja, oscyluja wokol srednich wartosci, czasem przekraczaja swoje granice i staja sie niestabilne, czasem po prostu koncza sie albo lacza w zupelnie odmienne potoki.Czym tak naprawde jest samoswiadomosc i kontakt z otaczajaca rzeczywistością jeśli nie umiejętnością skwantyfikowania, okreslenia i zdefiniowania procesow przenikajacych moj umysl i obszar istnienia?Odkrywanie ukrytych wzorow i zaleznosci to droga do prawdziwej uporzadkowanej, ustrukturyzowanej i skoncentrowanej wiedzy.Wiedzy, ktora jest jak skalpel tnacy bezlitosnie narośla złudnych przekonan, płytkich ocen i nieobiektywnych postaw. Można wbić sobie do głowy terabajty złudnych idei i przekonań podawanych w postaci łatwo strawnej papki,ale popada sie wtedy w pułapkę statycznego pojmowania swiata.Tyle ze świat nie jest jeziorem ani bagnistym stawem, jest potężna rzeka, nurtem różnorodnych przepływów rozbijających się na miriady różnorodnych strumieni. Czego można nauczyć się o rzece z mapy?:)Świadomość i zrozumienie to podstawy siły i mocy, to archimedejski punkt odniesienia, to te umiejętności, które odróżniają widzów i aktorów od reżyserów w spektaklu kreowania świata. Myślisz, że kontrolujesz swoje życie, ze osiągasz sukces w walce z chaosem, ze stworzyłeś sobie mały krystalicznie regularny świat z uporządkowana strukturą? Rozejrzyj sie i uświadom ile ukrytych wzorów i zależności jest wokół Ciebie, a na pewno pokora stanie się dla Ciebie dużo bliższym pojęciem.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)